Na czele struktur konspiracyjnych w rejonie Wisły stał w początkowym okresie niemieckiej okupacji Jan Halama, a w rejonie Istebnej - Emil Rychły. Na wstępie skupię się na tym, co działo się w Istebnej, Koniakowie i Jaworzynce, przy czym zacznę od zacytowania fragmentu niepublikowanego artykułu Józefa Mazurka, który znajduje się w Zbiorach Specjalnych Biblioteki Śląskiej:

„Już 5 listopada 1939 roku w domu Emila Rychłego w Istebnej pod tak zw. Złotym Groniem zebrała się grupa ludzi, by naradzić się jak przeciwstawić się administracji okupantów, którzy rozpanoszyli się w Beskidach na dobre. W zebraniu nie brakło Jana i Franc. Wawrzyczków, dziedzicznego wójta wioski – Antoniego Juroszka, Jerzego Proboszcza, znanego pieśniarza ludowego, z zawodu robotnika leśnego i kilku innych. Przyszło również 4 nauczycieli: Jan Gazurek, Paweł Szczurek, Henryk Nowak i Paweł Zawada. Nauczali oni w Jaworzynce, Pogórzu i Istebnej. Już na pierwszym zebraniu – a było ich kilka – postanowiono przeciwdziałać propagandzie hitlerowskiej i odmawiać ludzi od zdeklarowania na „palcówce” – Fingerabdrucku narodowości śląskiej czy góralskiej. Palcówka wypadła dla Niemców bardzo niepomyślnie. Większość mieszkańców wioski przyznała narodowość polską. Podobne rezultaty przyniósł spis w Jaworzynce i Koniakowie.

Niemcy postanowili odpowiedzieć terrorem i złamać i złamać opór ludność. W nocy z dnia 18 na 19 grudnia aresztowano miejscową inteligencję, nauczycieli i ludzi o zdecydowanej postawie narodowej. Ofiarą aresztowań padł też Emil Rychły, którego skierowano do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu i Jerzy Proboszcz, który zmarł w Dachau w 1943 roku. Aresztowano również młodzież, głównie studentów.”

W tym miejscu warto na chwilę spojrzeć, jak kwestię przebiegu „palcówki” widzieli Niemcy. Na początek taki oto fragment raportu żandarmerii z 23 grudnia 1939 roku:

„W gminie Istebna spostrzeżono, że ludność jawnie wzburzona przez podżegaczy w 80% przyznała się do polskości. Prócz tego ustalono, że ludność przy informowaniu jej zachowywała się krnąbrnie i szorstko. Powiadomiono o tym Landrata powiatu, który sprawił, że cieszyńskie gestapo przeprowadziło tam akcję specjalną. Przeprowadzenie akcji gestapo wspólnie z tamtejszą żandarmerią miało miejsce 20.12.39 r. Stwierdzono, że podżegacze w wrogich Niemcom zamiarach nakłonili ludność, aby nie podawała się za Slonsaków, lecz za Polaków. Stosownie do tego aresztowano w tym dniu 12 najbardziej złośliwych. Pomiędzy aresztowanymi znaleźli się obaj kapłani, nauczyciele i studenci.”

Rejestracja została powtórzona, przy czym tym razem wynik był już zgodny z oczekiwaniami. W artykule Alicji Pylypenko - Czepczar „Istebna, Jaworzynka i Koniaków podczas okupacji niemieckiej w świetle relacji mieszkańców” czytamy:

„W pierwszym dniu przeprowadzonego spisu na terenie „Trójwsi” 80% mieszkańców opowiedziało się za narodowością polską. Jednakże aresztowania, jakie potem nastąpiły z namowy Delonga, groźby wysiedleń spowodowały, że ludność zaczęła przepisywać się na narodowość śląską. Ogółem na 6.254 mieszkańców „Trójwsi” narodowość niemiecką podało 1,4% ogółu ludności, narodowość polską – 20,6%, a śląską – 78%.”

Wróćmy tymczasem do wspomnianych tu aresztowań, do których to doszło nad ranem dnia 19 grudnia 1939 roku. Alicja Pylypenko - Czepczar w cytowanym przed momentem artykule „Istebna, Jaworzynka i Koniaków podczas okupacji niemieckiej w świetle relacji mieszkańców” pisze:

„19 XII 1939 roku żandarmeria z Istebnej aresztowała – w ramach akcji specjalnej (Sonderaktion) i zgodnie z przygotowaną wcześniej listą następujące osoby: Józefa Marekwicę, księdza (ur. 14 IV 1905, zamieszkałego w Istebnej), Józefa Bajgera, nauczyciela (ur. 22 I 1906, zamieszkałego w Koniakowie), Antoniego Chrobaka, nauczyciela szkoły średniej (ur. 4 IV 1904, zamieszkałego w Koniakowie), Jana Cyconia, kierownika kamieniołomu (ur. 12 VI 1886, zamieszkałego w Koniakowie), Emila Firlę, małżonka polskiej celniczki (ur. 9 V 1923, zamieszkałego w Istebnej), Józefa Majeranowskiego, ucznia (ur. 2 IX 1923, zamieszkałego w Istebnej), Władysława Brannego, księdza (ur. 9 II 1911, zamieszkałego w Istebnej), Emila Rychłego, przed wojną członka Rady Gminnej (ur. 6 X 1894, zamieszkałego w Istebnej), Pawła Gazurka, nauczyciela (ur. 4 V 1885, zamieszkałego w Istebnej), Tadeusza Urbaczkę, sekretarza gminnego (ur. 11 III 1919, zamieszkałego w Jaworzynce), Annę Kawulok, właścicielkę gospodarstwa rolnego (ur. 24 XII 1912, zamieszkałą w Istebnej). Zostali oni przewiezieni do więzienia w Cieszynie, a następnie do obozów koncentracyjnych w Oranienburgu i Dachau. Niektórym z nich udało się przeżyć (J. Marekwicy, E. Rychłemu, A. Chrobakowicz, J. Majeranowskiemu), inni (P. Gazurek, J. Cycoń, J. Probosz) zginęli.”

W tym kontekście dość zagadkowo brzmi informacja, jaką znajdujemy w pracy Michała Hellera, zwłaszcza że powołuje się on tu w przypisie na relację Emila Rychłego:

„Po aresztowaniach w Istebnej, spowodowanych opowiedzeniem się większości mieszkańców (przy okazji tzw. „palcówki”) za polskością, konspiracja znacznie tam osłabła. Jednakże łącznik ZWZ z Wisły, Jan Halama, dostarczył miejscowym działaczom (m.in. Emilowi Rychłemu) rozkaz władz podziemnych kontynuowania pracy konspiracyjnej. Spowodował on, że ludzie zaangażowani w pracach ZWZ, a nie aresztowani, pozostali na miejscu i prowadzili nada swą działalność.”

Rodzi się więc pytanie, kiedy to Emil Rychły otrzymać miał ów rozkaz od Jana Halamy. Zarówno Mazurek jak i Pylypenko – Czepczar twierdzą, że Rychły był pośród aresztowanych w dniu 19 grudnia 1939 roku, a jeśli tak, to nie mógł on po tej dacie otrzymać rozkazu kontynuowania działalności konspiracyjnej. No, chyba że do jego aresztowania doszło jednak nieco później...

Dodam, że w roku 1942 Emil Rychły został zwolniony z obozu koncentracyjnego w Oranienburgu, do którego wówczas trafił, przy czym po powrocie rzucił się w wir pracy konspiracyjnej. Raczej jednak w cytowanym fragmencie pracy Hellera nie chodzi o wydarzenia z roku 1942, jako że wyraźnie inny jest tu kontekst, a nadto w międzyczasie aresztowany został Jan Halama (20 marca 1942 roku został on powieszony w Cieszynie w trakcie masowej publicznej egzekucji). Dodam tylko, że w świetle ustaleń Michała Hellera, który to powołuje się tu na relację Rudolfa Kowali, po aresztowaniu Halamy na czele struktur konspiracyjnych na terenie Wisły stanął właśnie Kowala.

Z kolei powrócę do cytowanego uprzednio artykułu Józefa Mazurka:

„Na wiosnę 1940 roku Niemcy usadowili się na dobre w probostwie istebniańskim, otwierając tam swój amtskomisariat. Z tej nowej placówki poszły dyrektywy w sprawie podpisywania „volkslisty”. Mieszkańcy Istebnej i okolicznych wiosek nie bardzo kwapili się do podpisania. Dla przyśpieszenia procedury i zmiękczenia opornych natur góralskich zorganizowali Niemcy pokazowe wieszanie i to w samo południe 26 października 1943 roku. Powieszono tam pięciu górników i robotników leśnych. Byli to: Józef Frey, górnik z Karwiny, Paweł Haratyk, robotnik leśny z Jaworzynki, Marian Paliński, robotnik leśny z Jaworzynki, Roman Pydych, góral ze Zwardonia i Zbigniew Wojczyk, górnik z Karwiny. Oprócz tego wysiedlono z okolic Istebnej 18 rodzin, wywożąc ich na przymusowe roboty do Rzeszy. Wśród wypędzonych znalazł się wójt Juroszek z 10 członkami rodziny.”

Ale wróćmy do działalności ZWZ /AK na tym terenie... Oto bowiem Michał Heller twierdzi, że w roku 1941 na czele struktur konspiracyjnych na tym terenie stał Jan Gazurek. Już w roku poprzednim miały też tam powstać zaczątki oddziałów partyzanckich:

„Pierwsze grupy partyzanckie na terenie Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa powstały samorzutnie jeszcze w 1940 r. Tworzyli je Polacy ścigani przez gestapo, uchylający się od poboru do Wehrmachtu lub od wywozu na roboty przymusowo. W rejonie tym działały cztery komórki. Kierownikiem jednej z nich był Jan Wawrzacz, pseud. Janik, a całością kierował nauczyciel Ignacy Gazurek aresztowany w 1941 r. Grupy poprzez Jana Halamę utrzymywały łączność z członkami Inspektoratu Cieszyńskiego ZWZ. Do istniejących grup partyzanckich napływali dalsi ludzie. Dowodzili nim wspomniany już J. Wawrzacz oraz Matuszny, Antoni Waszut i Ligocki. Grupy te połączyły się w jeden oddział, który przyjął nazwę Biały Orzeł. Podlegał on działaczowi ZWZ z Jabłonkowa drowi Bogdanowi Soroce, którego zastępcą był Paweł Kochut. Masowe aresztowania z końca 1941 r. rozbiły go.”

Należy podkreślić, że końcowa partia cytowanego tekstu absolutnie nie polega na prawdzie. Z całą pewnością oddziały operujące w rejonie Koniakowa i Istebnej nie podlegały „działaczowi ZWZ z Jabłonkowa drowi Bogdanowi Soroce”. A w każdym bądź razie - nie w tym okresie. Otóż pochodzący spod Lwowa dr Soroka pojawił się w Trzyńcu na początku 1943, wcześniej natomiast był na przymusowych robotach w Karwinie. Tak więc nie mógł on w roku 1941 sprawować jakiejkolwiek kierowniczej funkcji w ZWZ w Jabłonkowie (natomiast z całą pewnością odgrywał czołową rolę w tamtejszych strukturach AK poczynając od roku 1943). Nie wiem też o jakich masowych aresztowaniach z końca 1941, które to miałyby rozbić oddział, w skład którego miały rzekomo wejść grupy Waszuta, Ligockiego, Wawrzacza i Matusznego, pisze Heller. Zwłaszcza że sam Heller na kolejnych stronach wielokrotnie owe grupy wymienia – w kontekście wydarzeń z lat 1942 – 43, a w odniesieniu do grup Wawrzacza i Waszuta – także lat 1944 i 1945. Zresztą powstanie grupy Wawrzacza, co wynika wprost z jego relacji, to dopiero rok 1945. Mam też spore wątpliwości, czy rzeczywiście Jan Wawrzacz prowadził na tym terenie działalność konspiracyjną przed rokiem 1944. Z jego relacji wynika bowiem, że wtedy to dopiero nawiązał kontakty konspiracyjne, przy czym utrzymywać miał on kontakt ze Stanisławem Zawadą z Ustronia.... Zresztą dwa akapity poniżej tego, który cytowałem przed momentem, opisując wydarzenia z roku 1942, Michał Heller stwierdza:

„W omawianym rejonie warunki działalności oddziałów partyzanckich były bardzo ciężkie. Wprawdzie ukształtowanie terenu było nadzwyczaj korzystne dla ruchu oporu, ale powstało tu szereg grup i grupek pseudo partyzantów, które przez uprawianie rabunków kompromitowały konspirację. Głównym ich organizatorem był Gustaw Matuszny pseud. Biały Orzeł.”

Tak więc „Biały Orzeł” – w świetle tego – to pseudonim Gustawa Matusznego, który przedstawiony jest tu przy tej okazji w czarnych barwach. Można odnieść wrażenie, że Heller nie skonfrontował ze sobą informacji zawartych w kolejnych akapitach swojej własnej książki...

A wracając do materiałów zgromadzonych przez Józefa Mazurka, to z świetle jednej z notatek znajdujących się w archiwum w Karwinie wynika, iż Emil Rychły był więziony od grudnia 1939 roku do września 1942 roku, po czym ponownie zaangażował się w działalność konspiracyjną, stając na czele struktur obejmujących teren „od Cieszyna przez Ustroń – Wisłę po Istebną – Koniaków – Jaworzynkę”. W świetle tego Emil Rychły byłby komendantem rejonu albo nawet obwodu...

W roku 1942 ruch oporu w okolicach Istebnej, Koniakowa i Jaworzynki wyraźnie się nasilił. Nie tylko za sprawą Emila Rychłego, który – o czym była mowa przed chwilą – po powrocie z obozu koncentracyjnego stanął na czele tutejszych struktur konspiracyjnych, ale także za sprawą zjawienia się tu Karola Schreibera - „Jastrzębia”, który dowodził oddziałem partyzanckim operującym w rejonie Ustronia. „Jastrząb” zorganizował tu dwie niewielkie grupy partyzanckie: na Pietraszonce w Istebnej, którą dowodził Michał Gorzołka, oraz w Koniakowie – z Antonim Waszutem na czele...

Dodam, że powyższe informacje, które znaleźć można w relacji Karola Schreibera – „Jastrzębia” i które zgodne są z ustaleniami dokonanymi w oparciu o inne relacje zgromadzone przez Józefa Mazurka, kwestionowane są przez Michała Hellera, który w swej książce „Ruch oporu na Śląsku Cieszyńskim” twierdził, że oddziały Gorzołki i Waszuta powstały jeszcze przed pojawieniem się „Jastrzębia” na tym terenie. Biorąc pod uwagę to, w jaki sposób uzasadnił swoje wnioski (o czym zresztą pisałem przed momentem), należy – w mojej ocenie – odrzucić te zarzuty jako bezzasadne...

Tak więc „Jastrząb” pisze w swej relacji:

„Franek” przyjął moją propozycję i polecił mi udać się wraz z jego bratem, Stanisławem Zawadą – „Brzozą” – i Michałem Gorzołką – „Brzymem” – na górę Baranią dla założenia grupy partyzanckiej. Ponadto przewędrowałem tren wzdłuż osi Równica, Orłowa, Salmopol, Magurka, Malinowska Skała, Przysłop, Pietraszonka, Karolówka, Tyniok i Złota Groń aż po słowacką granicę. Dzięki temu wzbogaciłem swe wiadomości o tym terenie, co w późniejszym czasie przyczyniło się do naszych sukcesów w walce z hitlerowcami. Upatrzyłem np. kilka miejsc, które nadawały się idealnie do urządzenia zasadzek czy szkoleń lub też do budowy konspiracyjnych bunkrów. Ponadto miałem sposobność zbadać drogi posuwania się patroli hitlerowskich.”

Z kolei zacytujmy w tym miejscu relację Franciszka Zawady – „Franka”:

„W mieszkaniu Schreibera, ps. „Jastrząb”, 28 kwietnia 1942 r. opracowany został plan działalności oddziałów partyzanckich. Na zebraniu tym było nas trzech: Karol Schreiber, Stanisław Zawada i ja. Postanowiliśmy rozpocząć działalność od strony Baraniej Góry, Istebnej i Pietraszonki. Schreiber i Zawada udali się zaraz do Istebnej, by utworzyć oddział partyzancki. W skład I Oddziału Gwardii Ludowej, założonego w maju 1942 r. i działającego na Baraniej Górze, wchodzili: Karol Schreiber (ps. „Jastrząb”, „Buk”) jako komendant, Stanisław Zawada (ps. „Stach”, „Brzoza”) jako zastępca komendanta oraz Jan Pocek z Istebnej, Michał Gorzołka z Istebnej, Michał Wojtas z Kamesznicy, Józef Legierski, Jan Waszut i Józef Skórzok z Istebnej. Łącznikami grupy byli: Jan Zawada (ps. „Lunach”) i Franciszek Zawada (ps. „Migol”) z Ustronia. Oddział posiadał wtedy 1 karabin, 3 parabele, 1 dubeltówkę i 2 petardy własnej konstrukcji. Terenem działania były Barania Góra, Tyniok, Złoty Groń, Pietraszonka, Malinowska Skała i Magurka. [...] Nawiązałem także kontakt z leśniczym Bolesławem Kostuchem (czy Kontychem?) z Baraniej, który wraz z żoną i bratem pomagał naszym partyzantom.”

Działalność grupy „Jastrzębia” najszerzej opisał w swej relacji cytowany przed chwilą Franciszek Zawada. Chrzest bojowy grupy miał mieć miejsce 28 maja 1942 roku:

„Pierwszy napad oddziału partyzanckiego na patrolujących wzdłuż Olzy w kierunku Pietraszonki żandarmów miał miejsce 28 maja 1942 r. o godzinie 22. Oddział przeszedł przez Stecówkę na Mlaskawkę i stamtąd udał się w dół ku rzece Olzie. Tu zaczaił się w zagajniku i oczekiwał na nadejście patrolujących żandarmów wraz z esesmanami. Szli oni trzema grupami, Pierwsza grupa liczyła czterech ludzi, druga i trzecia, idące w odstępach 30 m, po trzech. Ponieważ droga była niewidoczna, partyzanci nie wiedzieli, że za pierwszą grupą idą następne, dali więc ognia do tej czwórki. Dwaj żandarmi zostali ciężko ranni, jeden zabity, a czwarty zdołał się wycofać. W czasie rozbrajania rannych pozostali w tyle Niemcy otworzyli ogień do gwardzistów. Po krótkiej walce oddział wycofał się bez strat w kierunku Pietraszonki, zdobywając trzy karabiny i pewną ilość amunicji. Następnego dnia żandarmi i gestapowcy przeszukiwali domy na Mlaskawce i Pietraszonce, szukając partyzantów i broni.”

Do kolejnego większego starcia z udziałem grupy GL PPS „Jastrzębia” miało dojść w lipcu 1942 roku w Koniakowie, koło kościoła ewangelickiego:

„W ciemną i deszczową noc partyzanci z Pietraszonki przeszli przez rzeczkę Olzę obok szkoły, udając się ku drodze prowadzącej z Istebnej do Koniakowa. Kiedy podchodzili pod górę, jeden z nich zauważył kilka cieni na szczycie, posuwających się drogą w kierunku Koniakowa. Ponieważ było ciemno, nie można było poznać, czy to wojsko, czy żandarmi, czy też tamtejsi mieszkańcy. Partyzanci zaczaili się więc w wąwozie, blisko drogi wiodącej do Koniakowa i wkrótce usłyszeli rozmowę w języku niemieckim. Po krótkiej naradzie postanowili przywitać wroga ogniem karabinowym. Wywiązała się walka, a ponieważ nasi mieli lepszą widoczność, gdyż byli w dole, a Niemcy na szczycie, więc też ich strzały były celniejsze. Kilku żandarmów i esesmanów zwaliło się na ziemię. Reszta, chroniąc się w przydrożnym rowie, otworzyła ogień z pistoletów maszynowych, strzelając seriami. Kule świstały ponad głowami partyzantów. Jedna z nich lekko zadrasnęła nad lewą łopatką komendanta „Jastrzębia”. Ponieważ Niemców było więcej niż żołnierzy Gwardii Ludowej, postanowiono walki nie przeciągać i wycofać się ku rzece Olzie. Ilu żandarmów padło, ilu zostało rannych, trudno ustalić. Zaraz po potyczce Niemcy przyjechali z Istebnej samochodami, pozbierali swoich rannych i zabitych, tak że nikt z mieszkańców Istebnej i Koniakowa nie wiedział, co znaczyła ta strzelanina. Jedynie niektórzy dowiedzieli się od partyzantów, co zaszło. Udział w tej akcji brali: komendant „Jastrząb”, zastępca komendanta „Stach”, „Brzoza”, Jan Bocek, Józef Legierski i Michał Gorzołka.”

W poważnych tarapatach grupa „Jastrzębia” znalazła się 29 sierpnia 1942 roku:

„Dwudziestego dziewiątego sierpnia 1942 r. oddział „Barania” wybrał się w odwiedziny do osiedleńców niemieckich w Kamesznicy. Przeszedłszy przez Gańczorkę i Lipkówkę, oddział szedł ostrożnie, gdyż niektórzy osiedleńcy mieli broń i patrolowali wieś razem z żandarmami. Przed wejściem na drogę, o godzinie 22, partyzanci zatrzymali się w krzakach przy potoczku nad mostem. W tym momencie ktoś zaświecił elektryczną lampkę. Zaskoczeni tym, cofnęli się szybko do potoku i zauważyli, że od dzwonnicy rozsypuje się tyraliera i zaczyna ich okrążać. Równocześnie otworzono ogień karabinowy. Oddział był w lepszym położeniu, gdyż, ukryty w krzakach, widział dobrze całą grupę nieprzyjacielską. Dzięki temu partyzanci, dysponując mniejszymi siłami, potrafili koncentrować ogień na najbardziej zagrożonych odcinkach, zadając atakującym poważne straty i zmuszając ich do wycofania się. Oddział Gwardii Ludowej i tym razem wyszedł szczęśliwie z zasadzki.”

Ani Franciszek Zawada, ani Karol Schreiber nic nie piszą o stratach, jakie w trakcie tych kilku miesięcy ponieśli partyzanci grupy „Jastrzębia”. A przecież wiemy z zapisków Józefa Mazurka, że takowe prawdopodobnie były. Do najpoważniejszego starcia z udziałem grupy „Jastrzębia” doszło w grudniu 1942 roku, kiedy to Niemcy mieli przeprowadzić na Baraniej Górze obławę, w której miało wziąć udział ok. 2 tysięcy żołnierzy i policjantów. W walce tej zginął Michał Gorzołka ps. „Brzoza”. Karol Schreiber opuścił następnie rejon Baraniej Góry i powrócił w okolice Ustronia.

A skoro jesteśmy przy „Jastrzębiu”, to warto wspomnieć, że jednym z organizatorów partyzantki w rejonie Wisły był Jan Podżorski z tejże miejscowości, o którym Józef Mazurek napisał, iż był jednym "z organizatorów walki partyzanckiej w Wiśle, na „Kubalonce” i na „Barani”, dodając, że poległ on w listopadzie 1944 w walce z gestapowcami. W tym miejscu warto zwrócić też uwagę na informacje zawarte w notce biograficznej Jana Mitrengi, o którym z kolei Józef Mazurek napisał, iż "walczy od 19.5.41 przy Partyzantach w org. komendanta, śp. Jana Podżorskiego przeciwko hitlerowcom, ukrywał się także 2 lata w Nydku 1943 – 1945". A przecież Jan Mitrenga to jeden z członków grupy partyzanckiej „Soszów”, o której w kilku innych miejscach Mazurek zanotował, że podlegała „Jastrzębiowi”...

Natomiast wróćmy do tego, co Michał Heller pisał o ruchu partyzanckim w rejonie Istebnej w roku 1942:

„W 1942 r. ruch podziemny odrodził się tu na nowo. Działacze ZWZ – AK utworzyli 2 grupy partyzanckie: Baranią – dowodzoną przez Ernesta Legierskiego oraz Istebną-Południe – kierowaną przez Jana Wawrzacza. Ten drugi oddział liczył 11 ludzi (w tym 3 Słowaków) i operował na pograniczu słowackim w rejonie Jaworzynki, Koniakowa i aż po Zwardoń. Natomiast oddział Barania, mający główne schronienie w masywie Baraniej Góry, działał w okolicznych wsiach: Istebnej, Wiśle, Szczyrku, Szarym, Kamesznicy i Lipowej. Obydwa oddziały posiadały we wsiach sieć zaufanych łączników.”

Jak już wspominałem, grupa Wawrzacza powstała dopiero w lutym 1945, wcześniej (od jesieni 1944 roku) służył on w grupie „Kostrzewy”. Mam też wątpliwości, czy istotnie Legierski dowodził jakąkolwiek grupą partyzancką przed rokiem 1944.

Jesienią 1942 roku Komenda Okręgu Śląskiego AK skierowała w rejon Baraniej Góry pchor. Mariana Barthel de Weydenthal. Zygmunt Walter – Janke tak o tym pisze w książce „Śląsk jako teren partyzancki Armii Krajowej”:

„Jesienią 1942 r. ppłk. dypl. Paweł Zagórowski – „Maciej”, komendant Okręgu Śląskiego AK, wyznaczył podchorążego artylerii przeciwlotniczej, Mariana Barthel de Weydenthal – „Urbana”, na dowódcę oddziału partyzanckiego w Beskidach. Podchorąży „Urban” był dowódcą patrolu likwidacyjnego i miał w swoim dorobku dobrze wykonane zadania likwidacji konfidentów, m.in. byłego sierżanta Żurawika z Krzeszowic. W Beskidach na Baraniej utworzył zawiązek oddziału partyzanckiego, złożony z około dziesięciu ludzi. Przyjął do niego również Ludwika Ligockiego, kowala z Koniakowa, volksdeutscha. Był to młody, dziewiętnastoletni chłopak, który zdradzał i dużą ambicję, i złe skłonności. Chciał wykorzystać fakt, że oddział był uzbrojony, i wzbogacić się na bandyckiej ścieżce. Podchorąży „Urban” zorientował się, jakie niebezpieczeństwo grozi oddziałowi, i zareagował ostro, piętnując uczynki Ligockiego jako niegodne żołnierza i partyzanta. Wtedy Ligocki podstępnie zastrzelił pchor. „Urbana”. Po śmierci dowódcy oddział chwilowo rozproszył się. Wojskowy Sąd Specjalny skazał Ligockieho na karę śmierci. Wyrok został wykonany przez zastrzelenie.”

Podobnie rzecz opisuje Hieronim Woźniak:

„Pchor. Urban pojawił się w Wiśle u członka AK Rudolfa Kowali. Ten skontaktował go z mieszkańcem Koniakowa Gustawem Matusznym, który ukrywał się z powodu zabicia Niemca w momencie jak ci wkraczali do Koniakowa we wrześniu 1939 r. Kowala zwerbował jeszcze kilku konspiratorów z Istebnej i Jaworzynki i tak powstał niewielki oddział partyzancki Barania. W 1943 roku ścigany przez Niemców oddział przeniósł się w rejon Malinowskiej Skały, co umożliwiało mu nawiązanie kontaktu z konspiracją żywiecką. Do spotkania doszło w leśniczówce u Gajera na Łukasznem. Koniec wiosny 1943 roku był dla oddziału Barania nieszczęśliwy. Najpierw zaaresztowany został zastępca dowódcy oddziału Sosna, a wkrótce potem zamordowany został pchor. Urban. Czynu tego dopuścił się członek oddziału Ludwik Ligocki, który próbował nakłonić swego dowódcę do rozboju. Gdy ten zdecydowanie odmówił został przez niego zastrzelony. Wojskowy Sąd Specjalny wydał na Ligockiego wyrok śmierci, który po kilku nieudanych próbach został wykonany.”

Michał Heller z kolei opisuje to następująco:

„Do oddziału Barania dołączyło kilka osób z Koniakowa i Istebnej. Nie wszyscy partyzanci byli zadowoleni z obowiązującego ich regulaminu, którego przestrzegania wymagał dowódca oddziału pchor. Wartha de Weydenthal pseud. Urban. Regulamin ograniczał ich swobodę, a przede wszystkim kategorycznie zabraniał rabunków. Główny łącznik i organizator oddziału Rudolf Kowala z Wisły–Malinki kładł wielki nacisk na działalność organizacyjną i ścisłe przestrzeganie regulaminów, a tymczasem część członków oddziału życzyła sobie, by ich działanie nie było niczym skrępowane. Narastały więc z dnia na dzień rozdźwięki pomiędzy zdyscyplinowanym i oddanym sprawie walki z okupantem komendantem W. de Weydenthalem a ludźmi przejawiającymi skłonność do rabunków i gwałtów. Sytuację pogarszał fakt, że część społeczeństwa Wisły – często nie znając nawet języka niemieckiego – zdecydowanie popierała władze okupacyjne i tępiła każdy przejaw polskości, nie cofając się przed stosowaniem krwawego terroru. Wiosną 1943 r. chorego Woszczynę pseud. Sosna zaatakowali i uwięzili pod Białym Krzyżem w Wiśle miejscowi kolaboranci. Próba odbicia Sosny na posterunku w Wiśle nie powiodła się, gdyż został on już wywieziony do Cieszyna. Po tych zdarzeniach partyzanci w rejonie Baraniej Góry poczuli się zagrożeni. Szukano kontaktów z Zaolziem, by tam przenieść się na jakiś czas i niebawem Rudolf Kowala nawiązał łączność z konspiracją w Bystrzycy nad Olzą. W dniu 14 V 1943 r. aresztowano w Wiśle Pawła Szotkowskiego, który wkrótce został skazany na karę śmierci. Tymczasem na Baraniej Górze doszło do katastrofy. W wyniku ostrego konfliktu na tle stosowania regulaminu został zamordowany pchor. W. de Weydenthal. Mordercami byli: Edward Ligocki i pewien mieszkaniec Karwiny. Rudolf Kowala został o tym powiadomiony po dwóch tygodniach. Przekazano tę wiadomość za pośrednictwem łączników do Krakowa, skąd nadszedł rozkaz polecający schwytać sprawców morderstwa, zdobyć informacje o przyczynach tej zbrodni, a następnie rozstrzelać ich. Wykonanie wyroku nie było jednak łatwe. Antoniemu Waszutowi udało się na Stecówce zlikwidować mordercę pochodzącego z Karwiny, natomiast postrzelony E. Ligocki zdołał zbiec i leczył się w Koniakowie u swej matki. Antoni Waszut i Rudolf Kowala odszukali ciało W. de Weydentłiala i pogrzebali je z szacunkiem na Baraniej Górze.”

Zdaniem Michała Hellera, Ligocki początkowo zdołał uniknąć sprawiedliwości, po czym miał się jeszcze przyczynić do kolejnych nieszczęść, o czym za chwilę. A tymczasem oddział „Barania” po śmierci dowódcy przeżywał trudne chwile. Michał Heller tak o tym pisze:

„Po zamordowaniu pchor. Urbana oddział rozpadł się na dwie grupy: jedną z nich przejął były lotnik z Czechowic – Dziedzic Henryk Flame pseud Bartek, drugą, której liczebność niebawem wzrosła do 22 ludzi, - Jan Chraścina z Wisły. Tak znaczny wzrost liczebny drugiej grupy był w głównej mierze zasługą organizatora, łącznika i żywiciela partyzantów, Rudolfa Kowali. Do oddziału tego należeli: Jan i Andrzej Chraścinowie (temu pierwszemu spalono dom, a następnie obu aresztowano), Jan Pilch, Jan Cieslar, Rudolf Cieślar z Kozińców (którego rozstrzelano i spalono mu dom), Andrzej Bujok (aresztowano go i osadzono w Oświęcimiu), Rudolf Kowala, Gustaw Legierski, Antoni Waszut, listonosz Krzak i inni [...] Oddział J. Chrzaśniny dysponował czterema bunkrami, wybudowanymi w następującej kolejności: Stecówka (w tym czasie był już zdekonspirowany), Czupel, Malinów, Kozińce. Posiadano też dobrze zorganizowaną siatką wywiadowczą: na poczcie w Wiśle pracował dla oddziału Cholewik, na kolei Kolisz, a w Cieszynie wspomniany już wyżej fotograf Jan Cięgiel.”

Raporty niemieckie z tego okresu pełne są informacji na temat działalności „band”. Przytoczmy w tym miejscu niektóre z owych raportów. Oto na przykład w meldunku porannym nr 100/43 z 13 lipca 1943 roku komendant żandarmerii przy prezydencie Rejencji Katowickiej dla nadprezydenta Prowincji Górnośląskiej pisał:

„13 lipca o godz. 2.00 15 uzbrojonych bandytów zapukało do mieszkania właściciela gospody Legierskiego w Koniakowie, powiat cieszyński, przebywającego obecnie na urlopie, i zażądało otwarcia drzwi. Otworzono im, ponieważ napastnicy podali się za policję. Bandyci zabrali Legierskiemu karabin bez amunicji (numer dotychczas jeszcze nie znany), pistolet i pas główny, po czym zniknęli w nieznanym kierunku. [...] Okoliczne posterunki żandarmerii podjęły natychmiast pościg. Nie dał on jednak rezultatów. Powiadomiono telefonicznie kompetentne urzędy.”

Dwa dni później, w meldunku porannym nr 103/43 tenże komendant żandarmerii przy prezydencie Rejencji Katowickiej informował o kolejnym przypadku rozbrojenia przebywającego na urlopie żołnierza Wehrmachtu na terenie Koniakowa:

„15 lipca 1943 r. około godz. 23.00 zbrojna banda w sile około 15 ludzi pod groźbą rozstrzelania zrabowała grenadierowi Georgowi Lipowskiemu zamieszkałemu w Koniakowie nr 250, powiat cieszyński, z jego mieszkania karabin 98, nr 1754432, z 5 nabojami, boczną broń palną nr 7828, chlebak, manierkę, kubek do picia, pas oraz ładownicę. Lipowski obecnie przebywa na urlopie. Należy do jednostki wojskowej - poczta polowa nr 088250 E. Pod groźbą użycia broni nakazano mu pójść z bandą. Udało mu się jednakże po drodze zbiec. Banda oddaliła się w kierunku Kamesznicy, powiat żywiecki. Napastnicy uzbrojeni byli w karabiny i w pistolety, a ubrani - w odzież cywilną. Pościg trwa. Kompetentne urzędy zostały powiadomione.”

W meldunku porannym komendanta żandarmerii przy prezydencie Rejencji Katowickiej do nadprezydenta Prowincji Górnośląskiej z 21 lipca 1943 roku możemy przeczytać:

„16 lipca 1943 r. w godzinach wieczornych 13 bandytów uzbrojonych w karabiny i noszących mundury Wehrmachtu splądrowało całkowicie serownię Rastockiego, powiat cieszyński. Bandyci zostawili 10 marek jako odszkodowanie. Poszkodowany złożył doniesienie dopiero 19 lipca 1943 r. z obawy przed zemstą. Miejsce przestępstwa leży w pobliżu góry Baraniej. Dochodzenie jest w toku. Jak dotąd nie udało się aresztować żadnego członka bandy. Powiadomiono kompetentne władze.”

Z tegoż samego meldunku dowiadujemy się nadto:

„20 lipca 1943 r. około godz. 1.00 około 10 bandytów otoczyło dom strażnika wiejskiego Józefa Ruckiego w Koniakowie nr 268, koło Istebnej, powiat cieszyński. Kilku z nich wtargnęło do środka i zażądało wydania dostarczonej służbowo broni myśliwskiej. Rucki wydał ją z obawy przed bandytami, ale bez amunicji, po czym ci zniknęli w nieznanym kierunku. Pościg za sprawcami jest w toku; nie udało się ich jednak, jak dotąd, ustalić. Powiadomiono kompetentne władze. Podjęliśmy niezbędne kroki w celu zabezpieczenia broni strażników wiejskich.”

Dodajmy, że w nocy na 19 lipca 1943 roku idący na stację kolejową w Jabłonkowie, a przebywający dotąd na urlopie, Franciszek K. z Istebnej ok. godz. 1.30 spotkał 10 uzbrojonych mężczyzn, którzy zabrali mu karabin. Jak wynika z raportu żandarmerii, „on sam musiał przyłączyć się do bandy”. Tegoż 19 lipca 1943 roku partyzanci „odwiedzili” w Wiśle mieszkania dwóch przebywających na urlopach żołnierzy niemieckich, zabierając im karabiny. Następnego dnia, około godz. 22.00 pięciu uzbrojonych mężczyzn przybyło do mieszkania Jana M. z Istebnej, będącego na urlopie, zabierając mu karabin. Tej samej nocy ok. godz. 4.00 przybyli ponownie i zabrali go ze sobą. 21 lipca 1943 roku, ok. godz. 21.30 pojawiło się w domu przebywającego na urlopie Józefa K. w Istebnej 8 uzbrojonych mężczyzn. Zabrano mu mundur i buty. Broni nie posiadał. W tym samym dniu ok. godz. 22.00 zjawiła się w mieszkaniu grenadiera Pawła L. w Wiśle bliżej nie określona grupa uzbrojonych mężczyzn, zabierając mu mundur. Broni nie posiadał.

25 lipca 1943 roku niemieccy żandarmerii starli w Istebnej z partyzantami, w kierunku których oddano około 150 strzałów, o czym możemy przeczytać w meldunku porannym komendanta żandarmerii przy prezydencie Rejencji Katowickiej z 26 lipca 1943 roku:

„25 lipca 1943 r. o godz. 3.10 patrol żandarmerii z grupy operacyjnej Istebna natknął się na bandytów w dolinie Olzy, 1 km na północ od domu Eichendorffa, powiat cieszyński. W walce, jaka się wywiązała, padło około 150 strzałów. Po stronie żandarmerii nikt nie jest ranny. Nie stwierdzono jeszcze, czy po stronie bandytów ktoś został ranny lub zabity. Przy pomocy kwaterującej w domu Eichendorffa jednostki wojskowej przeprowadzono rewizję w pobliskich domach. Udało się zatrzymać jednego członka bandy z karabinem oraz 8 mężczyzn i 8 kobiet, którzy udzielali bandytom pomocy. Na miejscu przestępstwa znajduje się Gestapo z Cieszyna oraz dowódca powiatowy żandarmerii w Cieszynie. Zatrzymanych przekazano Gestapo w Cieszynie. Trwa pościg za pozostałymi członkami bandy, znajdującymi się w trakcie ucieczki. Powiadomiono kompetentne władze.”

Z meldunku wieczornego dowiadujemy się nadto, że w związku z działalnością tejże „bandy” przeprowadzono aresztowania w Zwardoniu, zatrzymując w sumie pięć osób. Wszystkich zatrzymanych przekazano w ręce Gestapo w Bielsku.

Z kolei zajrzyjmy do meldunku porannego komendanta żandarmerii przy prezydencie Rejencji Katowickiej z 2 sierpnia 1943 roku:

„30 lipca 1943 r. około godz. 22.00 pojawiło się u gospodarza Jerzego Szalbuta w Wiśle - Malince, powiat cieszyński, około 50 uzbrojonych w karabiny i pistolety bandytów, którzy zażądali wydania za zapłatą 2 owiec. S. wydał owce. Bandyci porozumiewali się między sobą w języku polskim i rzekomo angielskim oraz wypytywali, czy dzisiaj widziano policję w pobliżu tej zagrody. Oddalili się w nieustalonym kierunku. Poszukiwanie bandy trwa. Powiadomiono właściwe władze.”

Tyle w dokumentach niemieckiej żandarmerii za okres niespełna trzech tygodni...

Tymczasem we wrześniu 1943 roku Niemcy zadali szereg ciosów grupie partyzanckiej „Barania”. Ponownie odwołam się do ustaleń Michała Hellera:

„Hitlerowcy, nie mogąc sobie poradzić z narastającym ruchem oporu w rejonie górnej Wisły i Olzy, uwięzili 40 zakładników z Wisły, Ustronia i Bystrzycy. Aresztowano też matkę Edwarda Ligockiego, zabójcy komendanta Urbana i wówczas tenże zgłosił się na gestapo i wydał niektórych działaczy konspiracyjnych m.in. Rudolfa Kowalę i Jana Cięgla. Po tym wydarzeniu gestapo uwolniło wszystkich zakładników, którzy 19 IX 1943 r. wrócili do swych domów. [...] Zdrada dokonana przez Edwarda Ligockiego spowodowała aresztowania wśród członków oddziału Barania. Zagrożony nimi Rudolf Kowala powziął plan ukrycia się w Bystrzycy na Zaolziu. W czasie przewożenia go 20 IX 1943 r. karetką pogotowia przez Gustawa Molina został on na skutek zdrady ciężko raniony, aresztowany, a następnie wraz z Molinem osadzony w obozie oświęcimskim. W tym samym okresie uwięziono też Jana Chraścinę. Po tych wydarzeniach oddział Barania rozpadł się.”

Należy podkreślić, że aresztowania, które miały miejsce w pierwszych dniach września 1943 roku, objęły znacząco większą liczbę osób aniżeli czterdzieści, o których pisze Heller. Nadto aresztowano wówczas chyba wyłącznie mężczyzn, których następnie przewieziono do KL Auschwitz, skąd po siedmiu – dziesięciu dniach wszyscy zostali zwolnieni. Nie natrafiłem na informację, aby w gronie aresztowanych była jakakolwiek kobieta, nie ma też żadnej kobiety wśród osób, które w związku z tą operacją trafiły do KL Auschwitz. Tak więc obawiam się, że informacja podana przez Hellera to jakaś plotka. Z kolei gdy chodzi o okoliczności aresztowania Rudolfa Kowali, to w zbiorach Józefa Mazurka natrafiłem na notatkę, która przedstawia nieco inne okoliczności tego zdarzenia. Przede wszystkim Kowala był z zawodu kierowcą i pracował jako kierowca karetki. Józef Mazurek pisze dalej:

„Aresztowany przez gestapo, wyciągnięty ciężko raniony z auta czerwonego krzyża razem z ob. Molinem – śpieszyli z prowiantem dla partyzantów w Ustroniu.”

W sumie brzmi to o wiele sensowniej aniżeli wersja o próbie przewiezienia go w celu ukrycia gdzieś w Bystrzycy...

Tymczasem oddajmy ponownie głos Michałowi Hellerowi:

„Po aresztowaniu Jana Chraściny dowództwo nad resztkami grupy „Barania” przejął Antoni Waszut. Jesienią 1943 roku Antoni, Paweł i Rudolf Waszutowie, Michał i Paweł Bury oraz Paweł Zogata wybudowali w Jaworzynce bunkier Głębowizna. Mieszkało w nim ośmiu partyzantów. Ziemianka o wymiarach 3 x 2 x 2 m usytuowana była ok. 500 m nad osiedlem. Jej ściany były wyłożone płótnem namiotowym, a strop wykonano z desek i papy. Na pokrywie włazu o wymiarach 70 x 70 cm rósł świerk.”

W roku 1943 w nieznanych mi bliżej okolicznościach doszło do aresztowania Ernesta Legierskiego...

Tymczasem w sierpniu 1943 roku w masywie Baraniej Góry zaczęły pojawiać się oddziały partyzanckie zorganizowane siłami Inspektoratu AK Bielsko wchodzące w skład zgrupowania „Beskid Zachodni”. W szczególności chodzi tu o drużyny „Czarni” i „Malinka”, które to tu właśnie zorganizowały sobie swoje bazy. Jesienią zostały one zdemobilizowane, a ich żołnierze rozlokowani na kwaterach w okolicznych miejscowościach. Działalnością tychże oddziałów zajmę się jednak innym razem...

10 października 1943 roku partyzanci grupy „Barania” podjęli nieudaną próbę wtargnięcia do zabudowania zamieszkałego przez nauczyciela niemieckiego, którego dom mieścił się na stokach Stożka. Nauczyciel ten był kierownikiem politycznym miejscowej komórki NSDAP. Następnego dnia partyzanci - jak napisano w meldunku dziennym żandarmerii - w liczbie 15 ludzi dokonali najść na domy przesiedleńców w Istebnej, zabierając im bieliznę, obuwie i żywność. 29 października na stokach Stożka doszło do potyczki z oddziałem niemieckiej żandarmerii. Według meldunku dziennego żandarmerii, po stronie partyzantów prawdopodobnie był jeden ranny.

Dzień później, celem zastraszenia ludności, Niemcy urządzili w Istebnej publiczną egzekucję. Na oczach spędzonych mieszkańców wsi powieszeni zostali: Józef Frey z Karwiny, Paweł Haratyk z Jaworzynki, Marian Paliński z Jaworzna, Roman Pydich ze Zwardonia oraz Zbigniew Wójcik z Karwiny.

Zimą 1943/44 dochodzi na terenie Wisły do serii aresztowań, a to za sprawą załamania się w śledztwie łącznika Armii Krajowej, fotografa z Cieszyna Jana Cięgla. Aresztowany przez Niemców, nie wytrzymał tortur i zaczął sypać. Między innymi na podstawie jego zeznań 3 lutego 1944 roku Niemcy udali się do zagrody Józefiny Wierzybińskiej w Wiśle - Głębce, gdzie akurat ukrywał się por. Roman Mroziński – „Jur”, dowódca drużyny „Malinka”, wchodzącej w skład zgrupowania partyzanckiego „Beskid Zachodni”. Wywiązała się walka, w trakcie której ciężko ranny został sekretarz kryminalny policji granicznej z Cieszyna - Bader. Niestety, śmierć poniósł w tej walce por. „Jur”. Józefina Wierzbińska, której domostwo spłonęło, została aresztowana. Aresztowane zostały także Ewa, Maria i Elżbieta Michalik.

Jak już wspomniałem, działalnością zgrupowania „Beskid Zachodni” zajmę się odrębnie...

Długa jest lista aresztowanych, wywiezionych do obozów koncentracyjnych i zamordowanych mieszkańców Wisły. Niestety, przy większości nazwisk Józef Mazurek, autor wykazu, nie wskazał ani okoliczności, ani daty, kiedy to się miało stać.

Szczególne straty poniosła Wisła - Malinka, która miała opinię bastionu partyzanckiego i o której Józef Mazurek napisał: „Malinka, „Twierdza Partyzantów”, to był twardy orzech dla hitlerowców, którego nie mogli rozgryźć i nie rozgryźli.”

Do dramatycznego wydarzenia doszło w Wiśle - Malince, w domu Marii Szalbutowej, łączniczki Armii Krajowej, w roku 1944 (niestety, Józef Mazurek nie precyzuje daty):

„Ob. Szalbutowa urządza sobie tradycyjne szkubaczki domowe, zapraszając także kilka sąsiadek. Przypadkowo przybywa także 7 Partyzantów na ten wieczór do ob. Szalbutowej. Jej dom był dla Partyzantów zawsze otwartym. Po północy okrążają znienacka Gestapowcy chatę Szalbutowej, Hitlerowców było bardzo dużo. Partyzanci zmuszeni ukryć się na górze w sianie. Lecz tam odkryci, wywiązuje się walka na życie i śmierć. Kilku Partyzantów i gestapowców poległo. Ostatecznie hitlerowcy zapalili chatę i spalili żywcę ob. Szalbutową, dwie córki i ranionych Partyzantów.”

Podobnych zdarzeń było na tym terenie więcej. O okolicznościach śmierci większości ofiar, których personalia udało się ustalić Józefowi Mazurkowi, niewiele wiadomo. Gdzieniegdzie mamy jedynie lakoniczne wzmianki, jak przy Józefie Kamieńskim, o którym Józef Mazurek napisał, iż został zastrzelony w 1944 roku w Malince, albo o Marii Kamieńskiej, że została rozstrzelana na cmentarzu w Wiśle. Przy tym najczęściej informacje są jeszcze uboższe w treści i sprowadzają się do imienia, nazwiska oraz wieku ofiary, czasami dodatkowo - adresu zamieszkania. Ale przy niektórych nazwiskach pojawia się więcej informacji...

I tak - 10 września 1944 roku, o godz. 4.30 w odwet za zabicie przez partyzantów jednego Niemca - jak napisał Józef Mazurek - na prawym brzegu Wisły - w kierunku ku „Malince” zabici zostali Tadeusz Dyrna i Paweł Procner.

Szczególnie tragiczny był los Wawrzyńca Kalisza z Wisły - Malinki, którego Niemcy zamordowali w wyjątkowo bestialski sposób w styczniu 1945 roku:

„Przywiązanymu do świerka wydłubali mu najpierw oczy, następnie urżnięto mu język, połamano mu kości dolnych i górnych kończyn, rąk i nóg, strzylając następnie do niego po strasznych gadzinowych torturach.” Latem 1944 roku do Istebnej powrócił Ernest Legierski, który wnet przystąpił do organizowania oddziału partyzanckiego, skupiając w nim osoby ukrywające się przed Niemcami. Trudno powiedzieć, czy sięgnął tu także po ludzi (choćby częściowo), którzy podlegali mu przed jego aresztowaniem, czy też były to osoby zupełnie nowe. W roku 1964, w numerach 31 i 32 „Głosu Ziemi Cieszyńskiego” ukazało się omówienie relacji Ernesta Legierskiego, autorstwa J. Sikory:

„W lecie 1944 r. Ernest Legierski, przed wojną uczeń liceum w Cieszynie, wrócił do Istebnej z Zakopanego, gdzie odsiadywał karę rocznego więzienia za działalność antyniemiecką. Wrócił z chorymi nogami, zmaltretowanymi butami gestapa. Od śmierci w obozie koncentracyjnym uratowało go to, że w czasie śledztwa nie przyznał się do nielegalnych wycieczek w rodzinne strony, do Koniakowa (w czasie gdy przebywał na terenie tzw. Generalnego Gubernatorstwa). Teraz znalazł się w domu swojej matki i musiał co tydzień zgłaszać się w Amtskomisariacie w Istebnej. W tym czasie na terenie Istebnej działała już grupa partyzancka Antoniego Waszuta.”

Istnieją przesłanki wskazujące na to, że grupa Antoniego Waszuta z czasem podporządkowała się Legierskiemu, aczkolwiek trudno powiedzieć, kiedy się to mogło stać...

Partyzantka w rejonie Baraniej Góry i Stożka rozrosła się do poważnych rozmiarów, raz za razem niepokojąc Niemców. To już nie były niewielkie grupy, ale liczące się zgrupowanie... Zacytujmy tu kilka dokumentów niemieckich z połowy października 1944 roku - na początek raport komendanta niemieckiej żandarmerii w Rejencji Katowickiej:

„Posterunek żandarmerii w Istebnej, powiat cieszyński, melduje: 14 października 1944 r. między godz. 20.00 a 22.00 około 100 bandytów obrabowało całkowicie mieszkanie naczelnego lekarza szpitala w Istebnej. Bandyci byli częściowo konno, częściowo pieszo. W czasie napadu zostało ostrzelanych i lekko rannych 2 żołnierzy Wehrmachtu: starszy kanonier Paul Bielesch i jego brat Johann, którzy usiłowali się bronić. Zastrzelony został rolnik z Bukowca Alojzy Malyurek; w czasie napadu znajdował się on w portierni szpitala. Po napadzie bandyci zbiegli w kierunku Kiczory i Stożka. Według zeznań świadków mieli to być rosyjscy skoczkowie spadochronowi. Posterunek żandarmerii w Istebnej został powiadomiony o napadzie 15 października o godz. 8.00. Podjęty natychmiast pościg trwa.”

Oczywiście, sugestia, że może tu chodzić o (tak liczną!) „bandę” złożoną z rosyjskich skoczków spadochronowych, to ewidentnie nieporozumienie – być może Niemcy celowo zostali tu wprowadzeni w błąd, aczkolwiek nie należy wykluczyć, że jacyś sowieccy spadochroniarze istotnie w akcji tej brali udział. Zresztą w dalszej części tegoż raportu czytamy:

„Komendant żandarmerii w Cieszynie melduje: Na wschód od Jabłonkowa wykryto bandę w sile około 150 ludzi. Rejon ten został otoczony przez 230 żołnierzy Wehrmachtu, 60 strażników celnych i 50 żandarmów. Akcja przeciw osaczonej bandzie jest w toku.”

Z uwagi na, że „banda” ta miała po akcji wycofać się w kierunku Kiczory i Stożka, trudno wątpić w to, że komendant żandarmerii w Cieszynie informował o ruchach tego samego zgrupowania, o którym informował w tym samym dniu posterunek żandarmerii w Istebnej.

Tymczasem w raporcie komendanta żandarmerii w Rejencji Katowickiej z 17 października 1944 roku czytamy:

„Posterunek żandarmerii w Jabłonkowie, powiat cieszyński, melduje: 16 października 1944 r. o godz. 18.00 w gminie Gródek, 5 km na północ od Jabłonkowa, wykryto bandę w sile ponad 100 osób z końmi. Banda jest uzbrojona w broń maszynową, materiały wybuchowe i dużą ilość amunicji. Walkę z bandą stoczył patrol rozpoznawczy Wehrmachtu. Zewnętrzny pierścień blokady utrzymany. Według dotychczasowych stwierdzeń przeciwnik poniósł straty.”

Tak więc trzy różne posterunki żandarmerii donosiły o ruchach w rejonie masywu Stożka „bandy” liczącej 100 – 150 osób. Z kolei w jednym z tekstów Józefa Mazurka pojawia się nam wzmianka, iż por. Stanisław Richter ps. „Kostrzewa” stał na czele operującego w okolicach Istebnej zgrupowania liczącego 80 ludzi, przy czym z kontekstu można wnosić, że chodzi tu o późną jesień 1944 roku.

Ale czy informacja ta odnosi się do tego właśnie okresu, z którego pochodzą cytowane meldunki? Tego nie wiem... Nie wiem nawet, czy w tym momencie por. Stanisław Richter ps. „Kostrzewa” przebywał już w tym rejonie. Nie da się bowiem wykluczyć, że został on tam skierowany dopiero w związku ze śmiercią Franciszka Szolonego...

Z materiałów zgromadzonych w przez Józefa Mazurka, wiemy bowiem, że partyzantką w trójkącie Halamówka – dworek Skupnia – schronisko na Filipce dowodził Franciszek Szolony, który zginął w walce z Niemcami w dniu 1 listopada 1944 roku.

Wiemy, że por. „Kostrzewa” wcześniej był w grupie „Nad Olzą”, na czele której stał Paweł Rusz i która operowała w rejonie Koszarzysk. Przy tym prawdopodobnie jeszcze na początku września 1944 roku był on członkiem grupy „Nad Olzą”, na co zdaje się wskazywać fakt, iż brał on udział w naradzie u Józefa Jeżowicza, w trakcie której ustalono zasady współpracy grupy „Nad Olzą” ze spadochroniarzami majora Griniewskiego. Dodajmy, że z szeregu niezależnych źródeł wynika, iż „Kostrzewa” działalność partyzancką w rejonie Baraniej Góry podjął jesienią 1944 roku. Niestety, żadne z nich nie pozwala precyzyjniej określić tego momentu.

Natomiast wrócę jeszcze na moment do osoby Jana Wawrzacza...

Michał Heller pisze, że Jan Wawrzacz już w roku 1942 prowadził działalność partyzancką w rejonie Istebnej. Tezie tej całkowicie przeczy relacja samego Jana Wawrzacza, z której wynika, że w roku 1940 lub (a w każdym bądź razie - nie później niż wiosną 1941 roku) podjął on pracę w Karwinie („otrzymałem skierowanie do pracy przy odbudowie dworca kolejowego w Karwinie, gdzie pracowałem jako cieśla”) i pracował tam nieprzerwanie przez kolejne lata.

W Karwinie Wawrzacz miał zorganizować niewielką 7-osobową grupę konspiracyjną, która to jednak nie miała kontaktu z innymi organizacjami konspiracyjnymi – do czasu, gdy nawiązał on kontakt z Janem Zawadą z Ustronia. Nastąpiło to jednak dopiero w roku 1943 lub nawet 1944 (wcześniejszy chronologicznie zapis mówi o „zimie 1943 r.”, przy czym może to oznaczać zarówno końcówkę jak i początek tegoż roku, co oznacza, że zapis, który mamy w kolejnym akapicie, a dotyczący nawiązania łączności z Janem Zawadą może odnosić się zarówno do roku 1943, jak i 1944). Jakiś czas potem skontaktować się miał z nim „Kostrzewa”, który namiar na niego otrzymał – jak wynika z tejże relacji – właśnie od Zawady z Ustronia. Wawrzacz napisał o „Kostrzewie”:

„Mieszkał zatem u ob. Gazurka w Istebnej – lecząc się u bardzo oddanego partyzantom dr. Raszyka. Po wyzdrowieniu pracował w oddziałach leśnych i konspiracyjnych organizacjach pod ps. Łabuda.”

Jakiś czas potem Wawrzacz opuścił Karwinę, dokonując na pożegnanie sabotażu, po czym dołączył do oddziału partyzanckiego, którym dowodził „Kostrzewa”, a który to operował w rejonie masywu Baraniej Góry. Wawrzacz w swojej relacji, nim przeszedł do opisu swojej działalności partyzanckiej, najpierw scharakteryzował sytuację w Istebnej:

„W 1944 roku wiosną przybył do Istebnej nowy komendant żandarmerii porucznik SS Schöller – bardzo energiczny – wiedeniak – wesoły, towarzyski, który na pozdrowienie „Heil Hitler” odpowiadał gutentag lub „Grüsgott”. W następnym tygodniu usadowiła się w obozie harcerskim w dolinie Olzy specjalna kompania Wehrmachtu z leitnantem von Schmidtem mająca na celu zwalczanie partyzantki i jej likwidację w Istebniańskim Beskidzie. Na Kubalonce w Sanatorium usadowił się 30-osobowy oddział „Sicherheitsdienstu”. [...] Poprzez Ob. Raszkową – pracownicę Amtskomisariatu w Istebnej /mąż wym. był w obozie konc. w Oświęcimiu/ zdołano pozyskać komendanta żandarmerii Schöllera – który w końcu sam przystał do partyzantki. Jak początkowo Schöller był wielkim służbistą a gestapo stale przyjeżdżało do Istebnej na łapanki i obławy – to w miarę wpływów Robakowej stawał się mniej agresywny – nawiązał kontakty z oddziałami leśnymi. Wydał też 2-ch szpicli będących na usługach gestapa – na których zostały przez partyzantów wydane wyroki śmierci /Waszut Józef i Legierski Jan/ a trzeciego sam zastrzelił kazując mu uciekać.”

Tymczasem wróćmy do cytowanego uprzednio, niepublikowanego artykułu Józefa Mazurka:

„W styczniu 1945 roku ogromny walec ofensywy wojsk radzieckich miażdżył skutecznie hitlerowski opór. Wehrmacht nie nadążał podawać komunikatorów o tym, ze ... von Krosno und Jasło ist planmässig geräumt! Butnym urzędnikom niemieckim z różnych amtskomisariatów rzedły miny. Wtedy to por. Kostrzewa postanowił spłatać im solidnego figla. Do akcji wciągnął również komendanta żandarmerii niemieckiej w Istebnej, oficera austriackiego Hansa Schöllera, który w obliczu przegranej wojny chętnie skorzysta z możliwości alibi. W nocy z 15 na 16 stycznia 1945 partyzanci Kostrzewy otoczyli budynek amtskomisariatu, aresztują szefa biura, amtskomisarza Schwarza, członka NSDAP, jak również inspektora Behlego, szefa Volkssturmu Bürgera, żandarma Jaworka, dobrze mówiącego po polsku, tym niebezpieczniejszego dla Polaków. Wszystkich 10 hitlerowskich notabli związano powrozami jak barany i na dwóch saniach przewieziono do altany ogrodowej Emila Rychłego, gdzie znajdował się sztab partyzancki. Wieść o tym wyczynie rozeszła się migiem błyskawicy. Teraz czekano już tylko na wolność, na przyjście armii radzieckiej. Ale ze wschodu nadchodziły wciąż oddziały niedobitków armii generała Schörnera, zdążając na zachód. W niedzielę 16 stycznia do Istebnej nadjechały 2 samochody żołnierzy niemieckich. Byli to kwaterunkowi, którzy mieli przygotować kwatery dla skracających linię frontu niemieckiego. Partyzanci przywitali niewitanych gości ogniem z karabinów maszynowych. Żołnierze uciekli w popłochu, pozostawiając na miejscu podziurawione samochody. Ale za kilkanaście minut przyjechała następna grupa, tym razem bardzo liczna i doskonale uzbrojona. Wpadli do mieszkania Rychłego, przeszukując je, węsząc za śladami partyzantów. W jednym z pokojów zobaczyli płaszcz Schöllera i jego broń. Niemcy nasrożyli się i skierowali broń na piersi Rychłego. – Co to ma znaczyć? Rychły nie stracił zimnej krwi, odpowiedział spokojnie, że w jego domu zakwaterował się Volkssturm i to jest płaszcz i broń komendanta. Niemcy złagodnieli. - Volkssturm musi opuścić ten dom, teraz my się tu zakwaterujemy – powiedział wyniośle oficer. Wyszedł, pozostawiając na drzwiach dużą kartę: Besetzt für die Armee! – zpieczątką i podpisem. Sytuacja wciąż była groźna, w altanie znajdowali się przecież powiązani dygnitarze amtskomisariatu. Kostrzewa i Soroka radzą się z Schöllerem. Ten pisze naprędce na blankiecie amtskomisariatu rozkaz następującej treści: Istebna ist besetzt, Truppentransport ist zu leiten weiter nach Jaworzynka (Istebna jest zajęta, wojsko kierować dlaej do Jaworzynki). Pod rozkazem umieścił podpis komisarza Schwarza, który w tym czasie jęczał z głową na fasoli w altanie. Rozkaz zabrał Franciszek Juroszek ubrany w mundur niemiecki, z karabinem na plecach galopem popędził na koniu na skrzyżowanie dróg Koniaków – Istebna. Tam zastał żandarma wojskowego w służbie polowej, kierującego ruchem. Oddał mu rozkaz, meldując: Hier ist neuer Befehl! – i pogalopował z powrotem. Za parę minut ukazał się na drodze od strony Ochodzitej długi sznur żołnierzy niemieckich. Żandarm wskazał im drogę w stronę Jaworzynki, ściśle według rozkazu. Befehl ist Befehl! Wykorzystując nieobecność Niemców ruszono z więźniami w stronę Baraniej. Nakryto ich kożuchami, uspokajając, że to dla zagrzewki świerkowymi gałęziami, żeby ... nie zauważyli ich ruscy, bo pełno się już pęta po okolicy. Przerażeni Niemcy na sam dźwięk słowa „ruscy” nie puścili pary z gęby i pozwolili się wieźć na saniach jak baranki. Górską dróżką przez Szarce, Mlaskawkę, Filipionkę, Pietraszonkę, Karolówkę dotarli szczęśliwie do bunkra partyzanckiego na Baraniej. Po sześciu tygodniach spadochroniarze radzieccy skazali dygnitarzy hitlerowskich na karę śmierci przez rozstrzelanie. Hitlerowcy wkrótce zorientowali się w sytuacji, zrozumieli, kto jest panem sytuacji w Istebnej. – Achtung! Partizanendorf! Uwaga! Wioska Partyzancka! – głosiły tablice na skrzyżowaniach dróg w Istebnej i okolicy.”

Józef Mazurek powyższe wydarzenia umieścił pod datą 15 – 16 stycznia 1945 roku, podczas gdy w świetle ustaleń Michała Hellera działo się to w dniach 27 – 28 stycznia. Wydaje się, że to Heller ma tu rację... Wskazuje na to chociażby zapis: „w niedzielę 16 stycznia”. Otóż dzień 16 stycznia w roku 1945 przypadał we wtorek, natomiast 28 stycznia istotnie była niedziela...

Dodajmy, że w świetle ustaleń Józefa Mazurka w całej operacji miało wziąć udział 40 partyzantów, przy czym całość sił, którymi wówczas dowodził por. „Kostrzewa” (Stanisław Richter), liczyć miała co najmniej stu ludzi (około stu ludzi miało wziąć udział w uroczystym apelu, który miał mieć miejsce na krótko przed akcją, aczkolwiek trudno powiedzieć, czy w apelu tym wzięli udział wszyscy partyzanci podlegający rozkazom por. „Kostrzewy”).

Jak wynika z relacji Ernesta Legierskiego, zdobyte przy tej okazji, jak i podczas akcji na placówkę niemiecką w Istebnej – Zaolziu uzbrojenie pozwoliło dozbroić podległy mu oddział, który liczyć miał wówczas 43 ludzi. W cytowanym przed chwilą artykule czytamy:

„W broń zaopatrzyli się dzięki udanej akcji zbrojnej na placówkę niemiecką w Istebnej – Zaolziu (dawne schronisko) i w akcji na niemiecki posterunek żandarmerii, gdzie przy pomocy b. lotnika, Austriaka i antyhitlerowca Rudi Schmidta, wzięto do niewoli amtskomisarza Schwarza, amtsinspektora Behle i niemieckiego nadleśniczego. Zdobytą bronią uzbrojono wtedy oddział liczący 43 partyzantów.”

Oddział dowodzony przez Ernesta Legierskiego operował przede wszystkim na południowych stokach Baraniej Góry:

„Niebawem oddział leśny zakwaterował się w schronisku i gajówce na Baraniej Górze, skąd Niemcy uciekli i która odtąd przez dwa miesiące była „wolną ziemią”. Był to obszar działania obejmujący górną Pietraszonkę, Czumówki, Jobki (przysiółek Kamesznicy) i górny bieg Czarnej Wisełki.”

Jak więc widzimy, oddział Ernesta Legierskiego miał swoje bazy przede wszystkim na południowych zboczach Masywu Baraniej Góry, na północ od Istebnej, Koniakowa i Kamesznicy. Tymczasem spójrzmy jak wydarzenia z końca stycznia 1945 roku opisał Jan Wawrzacz:

„Front wschodni się zbliżał. Na szczycie Baraniej Góry, gdzie większość dnia spędzaliśmy z tow. Kostrzewą, było względnie spokojnie – tu była już Polska w całym tego słowa znaczeniu – stąd patrzyliśmy na dalekie szczyty Tatr – tamstąd niedługo przyjdzie wolność. Gdy detonacje i huk armat coraz bardziej się zbliżał – partyzanci czuli się bezpiecznie. Dnia 27 stycznia 1945 r. zwołano dowódców wszystkich grup partyzanckich do domu ob. Rychłego Emila w obecności komendanta niem. żandarmerii Schöllera. Z ramienia naszej grupy był obecny tow. Kostrzewa. Postanowiono wieczorem aresztować niemców członków NSDAP, pracowników Amtskomisariatu oraz niemców nadleśniczych. Wieczorem opanowano Amtskomisariat rozbijając przytem głowę żandarmowi niemieckiemu Jaworkowi za gorliwość i służalczość dla gestapo. Następnie Schöller wzywał telefonicznie urzędników i nadleśniczych razem 11 niemców, których ulokowano w areszcie, gdzie pokutowało całą wojnę tylu polaków. Następnie odprowadzono uwięzionych w lasy Baraniej Góry, gdzie ulokowano ich w leśnym domku pod strażą. Tegoż dnia wieczorem wysłaliśmy do dow. kompanii von Schmidta gońca „Franka”, że dowództwo partyzantki wzywa go celem uzgodnienia opuszczenia tych terenów a w przeciwnym razie jeszcze tej nocy zaatakujemy ich obóz na Olzie. Goniec po godzinie czasu wrócił z wiadomością, że von Schmidt zgadza się na pertraktacje – gwarantuje pełne bezpieczeństwo i prosi przedstawicieli partyzantki do niego. W wyniku tej propozycji poszli: Kostrzewa, Schöller i Soroka. D-two nasze postawiło warunki: 1/ opuścić obóz w Istebnej, 2/ pozostawić broń i amunicję, materiały wybuchowe, sprzęt narciarski, 3/ rankiem 28 stycznia 45 r. kompania ma się udać na najbliższy dworzec kolejowy. Warunków tych von Schmidt nie przyjął i oświadczył, że bez rozkazu nie może opuścić powierzonego mu posterunku, gdyż za to czeka go sąd wojenny, zaś z dowództwem Wehrmachtu nie może się porozumieć, gdyż partyzanci zerwali połączenie telefoniczne. Przekonał go jednak Schöller oświadczając, że sam poszedł do partyzantki – gdyż widzi, iż niemcy wojnę przegrali i lada dzień wkroczy Armia Radziecka. Ugoda została zawarta: von Schmidt zgodził się na oddanie części amunicji, całego zapasu materiałów wybuchowych – w zamian dowództwo partyzantki odprowadziło kompanię von Schmidta drogami leśnymi – celem uniknięcia potyczek. Kostrzewa powiedział wtedy: „von Schmidt był człowiekiem, więc postąpiliśmy z nim i jego ludźmi po ludzku”. Noc z 28 na 29 stycznia zaplanowano na zniszczenie oddziału „Sicherheidstdienstu” w Sanatorium. Wieczorem zajęliśmy stanowiska wokół willi którą zajmował i zadzwoniliśmy do szefa oddziału by zjawił się natychmiast ze swym dowódcą przy bramie. Uszkodziliśmy zaraz po rozmowie linię telefoniczną. Gdy dochodzili do portierni, szef zauważył nasz karabin maszynowy na skraju lasu i krzycząc „partisanen” skoczył do rowu i uciekł w stronę kwatery. Biorąc pod uwagę sporą ilość miejscowych ludzi a przeważnie kobiet zatrudnionych w Sanatorium, które w razie nieudania się uderzenia mogły być narażone na wielkie represje – planu likwidacji zaniechaliśmy. Tymczasem nasze rachuby na wkroczenie Armii Radzieckiej nie powiodły się. Niemcy ponownie osadzili się w Istebnej – gestapo węszyło za swemi władzami zlikwidowanemi przez nas a więźniowie – trzymani na Baraniej byli dla nas coraz więcej uciążliwi. Ludność pytana w tej sprawie odpowiadała, że na pewno uszli za Schöllerem do partyzantki – co przynajmniej na chwilę wprowadziło gestapo w błąd.”

Wawrzacz stwierdza dalej, że partyzanci z grupy „Kostrzewy” opowiadali się za zastrzeleniem wziętych do niewoli hitlerowców, podczas gdy członkowie innych grup partyzanckich byli temu przeciwni.

Tymczasem „Kostrzewa” coraz mocniej zapadał na zdrowiu, co zmusiło go niedługo po opisanych wydarzeniach do opuszczenia Baraniej Góry. Wawrzacz skwitował to następująco:

„Kostrzewa który był duchem naszego oddziału upadał szybko na zdrowiu a szybko postępująca gruźlica eliminowała go z dalszej pracy w partyzantce. Zdaniem lekarza potrzebny był mu natychmiastowy wypoczynek i prowadzenie normalnego trybu życia. Zdecydował się na opuszczenie oddziału. Zamieszkał u zapoznanej a pewnej dyskrecji dziewczyny w Mostach koło Jabłonkowa a dowództwo oddziału A.L. zdał na mnie.”

W tym miejscu należy wyjaśnić, że Wawrzacz oddział „Kostrzewy” określa jako oddział AL. Członkiem AL miał być zresztą nie tylko „Kostrzewa” i jego partyzanci, ale także Jan Zawada z Ustronia, który doprowadził do skontaktowania „Kostrzewy” z Wawrzaczem. Należy uznać to za błąd, a być może celowe przekłamanie. Z całą pewnością bowiem chodzi nie o AL, ale o GL PPS, której struktury zostały scalone z AK. „Kostrzewa” zresztą utrzymywał ścisły kontakt z Zawadami z Ustronia, a także z Karolem Schreiberem – „Jastrzębiem” oraz z partyzantami operującymi w rejonie Koszarzysk w Beskidzie Śląsko – Morawskim, tj. z oddziałem, w którym wcześniej sam służył.

Wyjaśnienia wymaga też kwestia organizacji partyzantki operującej w tym czasie w masywie Baraniej Góry. Z relacji Jana Wawrzacza można wysnuć, że „Kostrzewa” dowodził jedynie jedną z grup partyzanckich operujących na tym terenie. Podobnie zresztą – z artykułu Jana Sikory o oddziale Ernesta Legierskiego wynika, iż Legierski dowodził samodzielnym oddziałem partyzanckim. Z kolei Józef Mazurek utrzymuje, że całością sił partyzanckich w rejonie Istebnej dowodził „Kostrzewa”. Podobnego zdania jest Michał Heller, a także Franciszek Halski („Istebna w latach okupacji hitlerowskiej”), który stwierdza, że zgrupowanie „Kostrzewy” składało się z dwóch grup: Ernesta Legierskiego i Jana Byrtusa, dodając, że istniały jeszcze grupy Jana Wawrzacza i Marekwicy. Dodajmy, że Halski siły operującej wokół Istebnej partyzantki oceniał na ok. 500 ludzi, co uznać należy na ogromną przesadę. Zresztą całość podanej przez niego informacji uznać należy za mocno wątpliwą...

Tak czy inaczej – wypada przyjąć, że „Kostrzewa” z jednej strony dowodził jedną z grup partyzanckich operujących na tym terenie, z drugiej zaś był zwierzchnikiem całości tutejszych sił partyzanckich. Dlatego też w pewnym sensie uprawniona wydaje mi się informacja podana przez Franciszka Zawadę dotyczącej istnienia kompanii GL PPS na Baraniej Górze.

Zdaniem Michała Hellera, po odejściu „Kostrzewy” dowództwo nad miejscową partyzantką przejął dr Soroka. Wróćmy tymczasem do relacji Jana Wawrzacza:

„Do partyzantki na Baraniej przychodzili nowi ludzie – dezerterzy z wojska niemieckiego – miejscowi uciekinierzy ścigani gestapem – żołnierze niemieccy /Ślązacy/ przychodzący na urlop itp. Na miejscu stacjonowało zawsze około 100 ludzi i coraz bardziej odczuwały się braki i trudności wyżywienia.”

Przed odejściem z partyzantki „Kostrzewa” nakazał Wawrzaczowi nawiązać kontakt z sowieckimi skoczkami, którzy pojawili się w okolicach Szczyrku. W pierwszych dniach lutego Wawrzacz udał się tam i nawiązał z nimi kontakt, a niedługo potem owi skoczkowie zostali sprowadzeni na Baranią Górę. Skoczkami tymi dowodził kpt. Maksymowicz, który – przybywszy na Baranią Górę – zaproponował Wawrzaczowi, by wraz z całym swym oddziałem „przeszedł na południe odłączając się od grupy Barania Góra”, na co Wawrzacz przystał. W ten sposób w połowie lutego 1945 roku powstała grupa „Istebna Południe”, która działała na pograniczu słowackim. Jan Wawrzacz pisze dalej:

„Już po 2 dniach zabraliśmy 150 rolek dynamitu pozostawionego przez von Schmidta i udaliśmy się na południe Istebnej do Jaworzynki nad samą granicę Słowacji. Wybudowanie bunkra w ziemi jako podstawy naszej egzystencji zabrało kilka dni – tym więcej, że część oddziału udała się na Słowację do Szczadnicy by nawiązać kontakt z tamtejszą partyzantką, odszukać most kolejowy /był to wiadukt/ oraz za żywnością z którą na pograniczu Słowacji było b. krucho ponieważ Słowacja miała swoją autonomię i nie stosowała kartek żywnościowych. Przybyli 2 partyzanci słowaccy wskazali nam sklepikarza który należał do „Gardy Hlinki” org. sprzyjającej niemcom i tamże w nocy zaopatrzyliśmy się w większą ilość żywności. Na drugi dzień pod wieczór zabraliśmy materiał wybuchowy i w liczbie 9 osób udaliśmy się do celu. O godz. 0.30 byliśmy przy wiadukcie – noc była jasna – stale pod mostem przejeżdżały pojazdy drogą pod mostem na front i z powrotem. Do tego most był strzeżony. Nareszcie uporaliśmy się z wyczerpaniem wody z wnęk przygotowanych przez niemców do wyminowania mostu. Ładunek włożyliśmy do wnęki, zasypali ziemią – zapaliłem lont u uciekają za nasyp. Lont był za długi – palił się długo i dopiero po 12 minutach – trwających wiecznie – potężny huk wstrząsnął powietrzem a most runął na drogę. Zatarasowana była droga i zniszczony tor. Była godzina 3-cia a planowy przejazd pociągu był później. Co się stanie później – nie czekaliśmy – gdyż przemoknięci i zmarznięci musieliśmy odchodzić, żegnani krzykiem mieszkańców pobliskich chat których wybuch doprowadził do paniki oraz ostrzeliwani przez obudzoną placówkę strażników kolejowych.”

Tymczasem ponownie odwołam się do artykułu J. Sikory z „Głosu Ziemi Cieszyńskiej”, aby przedstawić akcje zbrojne oddziału „Barania”:

„Gdy zimą wybrał się Legierski do Szczyrku, Niemcy podeszli na Pietraszonkę celem przeprowadzenia pacyfikacji. Zdążył jeszcze zaalarmować swój oddział. Doszło do starcia, po którym Niemcy wycofali się, a grupa Legierskiego udała się w lasy Czumówki, już na wschodnim stoku Baraniej Góry, na terenie Kamesznicy. [...] Zimą 1945 r. Legierski wysłał na rozpoznanie do Istebnej patrol pod dowództwem Antoniego Waszuta. Patrol ten spotkał koło Gańczorki oddział niemiecki dowodzony przez feldfebla, wracający z rabunku: mieli zaprzęgi i prowadzili krowy. Dzięki brawurowej akcji Polaków, Niemcy zostali rozbici, zginęło 3 podoficerów, reszta uciekła, pozostawiając na polu walki cały tabor. Partyzanci wrzucili trupy Niemców za drzewa, krowy rozpuścili, a zaprzęgi konne zabrali z sobą do lasu. Legierski, słysząc odgłosy walki, zaalarmował resztę swego oddziału i po południu tego samego dnia doszło do drugiego starcia, w potoku Bąbolówka w Koniakowie. I tu Niemcy ponieśli straty, wycofując się do centrum Istebnej. Partyzanci wyszli z Czumówek i udali się do opuszczonej gajówki pod Baranią Górą. W tym czasie udało im się nawiązać kontakt z grupą spadochroniarzy radzieckich, przebywających w Lipowej, na terenie powiatu żywieckiego. Pochodzili oni z większego zrzutu na terenie Słowacji i po walkach musieli się wycofać w te strony. Zrzutem dowodził kpt. Maksymow. W grupie była radiotelegrafistka Natasza (niestety, z uszkodzonym w czasie walk aparatem), jeden żołnierz mówiący po czesku i dwóch innych żołnierzy Armii Czerwonej. Przebywali w małym góralskim domku, a pomocy udzielali im gajowy Jezutek i ob. Caputa z Lipowej. Dołączyli oni do polskich partyzantów. Powiększały się jednak trudności z wyżywieniem liczniejszej już teraz, bo liczącej około 70 osób grupy. Część żywności partyzanci zdobywali, konfiskując ją w sklepach, których właścicielami byli miejscowi volksdeutsche, ale przeważnie musieli chodzić zwyczajnie po kweście, przy czym bogaci gospodarze dawali najmniej... Najwięcej żywności otrzymywali partyzanci w sklepie Legierskiej w Koniakowie. Partyzanci stale głodowali, niektórzy zapadali na szkorbut, pojawiły się wszy. Palili zeschłe liście malin, papierosy były rzadkością. Miał ich pod dostatkiem kupiec Marianowski w Istebnej, ale był skąpcem i trzymał je w dobrym ukryciu. Pewnego razu partyzanci odwiedzili jego magazyn i z bogatym łupem wrócili do lasu.”

W marcu 1945 roku Ernest Legierski postanowił przejść ze swoimi ludźmi linię frontu, tak by dostać się na tereny opanowane przez Armię Czerwoną:

Partyzanci udali się do Węgierskiej Górki, gdzie było najbliżej linii frontu, którą przeszli w marcu 1945 r. Po przezbrojeniu byli wykorzystywani do patrolowania rejonu Baraniej Góry, Pietraszonki, Tynioka i Kamesznicy.

Z kolei grupa Jana Wawrzacza w dalszym ciągu operowała na pograniczu słowackim. W trakcie jednej z akcji wzięto do niewoli 25 własowców, których następnie rozstrzelano (po znalezieniu przy nich odznaczeń za udział w tłumieniu Powstania Warszawskiego). Nadto zlikwidowano trzech minerów, którzy przygotowywali się do wysadzenia mostu na terenie Istebnej, a także rozbito patrol konny.

Ale wróćmy do ustaleń Józefa Mazurka, który w taki oto sposób opisał zbrodnię, której mieli dopuścić się Niemcy 9 kwietnia 1945 roku w Wiśle - Malince:

„U wejścia do doliny Malinki spaliło gestapo krótko przed opuszczeniem Wisły, 9.4.45, trzy domy góralskie wraz z mieszkańcami za rzekome przechowywanie partyzantów. Według opowiadań naocznych świadków gestapowcy okrążyli chaty, oblewają je benzyną i żywcem palą z domkami mieszkańców.”

Tego dnia zostali żywcem spaleni przez Niemców: Paweł Cieślar, jego żona - Maria oraz brat - Michał Cieślar, a także żona Michała - również Maria, a nadto: Paweł i Maria Pezda, Władysław i Małgorzata Staniczek, Jan Przybyła oraz Józef Lindert.

Z kolei przejdźmy do artykułu Józefa Mazurka dotyczącego wydarzeń w Istebnej, bo oto na niespełna miesiąc przed jej opuszczeniem Niemcy dokonują tu najstraszniejszej ze swoich zbrodni:

„Po zdobyciu i oswobodzeniu Oświęcimia, Mysłowic, Katowic i całego Zagłębia Górno-Śląskiego w dniach 27 i 28 stycznia 1945 przez wojska sowieckie generała – marszałka Koniewa i przez wojska polskie I i II Armii Kościuszki pod dowództwem gen Popławskiego, zapanowało na Ziemi Cieszyńskiej straszne zamieszanie, ogromny chaos. Hitlerowcy tracą zupełnie głowę. Gauleiter Cieszyński Kopperberg ucieka za katowickim gauleiterem Brachtem do Sudet. Za gauleiterem ucieka także gestapo Cieszyńskie, największa nasza udręka. Uciekaj urzędy wojskowe, partyjne djabły SS, SA i SD. Uciekają urzędy sądowe, podatkowe, finansowe i nawet pocztowe. Ogromna fala uciekinierów hitlerowskich pędzi dniem i nocą od Jabłonkowa, wzdłuż Olzy w kierunku na Frydek. Sześć dni – od 28.1.45 – 2.2.45 – jest Cieszyn, Jabłonków – Cały Śląsk Cieszyński – bez hitlerowskich szatanów. Cała Ludność Śląska Cieszyńskiego odetchnęła z wielką ulgą – nareszcie bez gestapa, bez hitlerowców i wesoło wszyscy nucą już wszyscy naszą tylko w tajemniczych kółkach śpiewającą piosenkę wolnościową... [...] Lecz krótko trwała ta radość, krótki był ten sen o wolności. Trwał tylko 6 dni – od 28.1.45 – 2.2.45. Rozbite wojska niemieckie bowiem, uciekające na złamanie karku, zatrzymały się na linii rzeki Soły koło Rajczy – Milówki – Żywca na wschodnie, a na północy przechodziła linia bojowa przez Pszczynę – Rybnik – Racibórz – i tak się trzymała koło trzech miesięcy – z nieznacznymi przemieszczeniami. Przeżywamy obecnie męki Tantala i owoce wolności – tak blizkie – lecz nieuchwytne. Męki te są naprawdę okrutne, gorsze stokrotnie od cierpień i męczarń cielesnych. [...] Część tego krwiożerczego gestapa oświęcimskiego i bielskiego zagnieździło się w Jabłonkowie w budynku sądu powiatowego i natychmiast zaczyna swoją krwawą robotę na ludności spokojnej od Jabłonkowa, Koniakowa, Jaworzynki aż po Jabłonków, gdyż działalność naszych partyzantów wzmogła się kilkakrotnie, wykorzystując chaos styczniowy i zabierając nawet posterunki hitlerowskie nawet cały amckomissariat istebniański do niewoli odprowadzając ich do sztabu naszego oddziału na „Baranią”. Niektórzy gestapowcy mówią doskonale po polsku, udawają Polaków – partyzantów i podstępem wkradają się w szeregi naszych partyzantów. Tak to już zrobili podstępem na „Halamówce” pod Stożkiem, na Filipce u „Bojka” i u „Skupnia” pod Filipką. Obecnie gotują się na nasz czołowy oddział na Barani. Lecz manewr ten nie udaje im się. Tylko kilka rodzin z Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa, utrzymujących łączność z „Baranią” – wpada w drapieżne gicza krwiożerczych gestapowców. Przyprowadza gestapo pod silną eskortą 32 mężczyzn i kobiet z Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa do jabłonkowskiego więzienia. W tym czasie mieszkał w budowli więzienia wycofany z Bielska dozorca policyjny Józef Stenchlak, mieszkający obecnie w Jabłonkowie „Radwanów” Nr 210. Według jego wypowiedzi umieszczono uwięzionych w celach. SS-mani nie starali się o żywność dla nich. Miejscowa ludność ukradkiem przynosiła żywność uwięzionym. Stenchlak doręczał ją uwięzionym. Ob. Stenchlak nie może powiedzieć czy się hitlerowcy znęcali nad uwięzionymi. Obywatel Czeczotka z Milikowa 28, obecnie mieszkający w Bratysławie, Karlova Ves 870, mógłby więcej o ostatnich godzinach uwięzionych powiedzieć, gdyż przebywał cały czas z nimi i jako jedyny został zwolniony po rozstrzelaniu 12-tu ofiar. Po dwóch dniach gestapowcy wyprowadzili 20 więźniów do Cieszyna. Pomiędzy nimi znajdował się także Dr Raszyk, lekarz z Istebnej i jego syn. [...] Z Cieszyna zostali przewiezieni na Morawy do Mirowa, skąd po wonie nie powróciło do domu wszystkich 20-tu. We czwartek, 12 kwietnia 1945 r. zostali odkomenderowani żołnierzy włoscy z miejskiego ogrodu, gdzie pracowali w ogrodzie, na cmentarzu żydowskim. Pod komendą gestapowców Włosi kopią wielki grób o rozmiarach 2 X 2 m. Pozostałych 12-tu więźniów nie przeczuwali swego strasznego końca, beztrosko sobie grali w karty. Karty podpowiadały im nawet zwolnienie, z czego się wszyscy niezmiernie cieszyli. Dopiero późną nocą położyli się spać. Przez całą noc silne oddziały Gestapowców strzegły budynku więzienia, obawiali się bowiem odsieczy ze strony partyzantów. Dnia 13 kwietnia 1945 roku o 1/2 5h rano obudziła ob. Stenchlaka mocne pukanie do bramy. Stenchlak ubiera się szybko, a otworzywszy bramę struchlał. U bramy stoją dwaj SS-mani, czarni jak djabli, uzbrojeni w broń maszynową, a wzdłuż chodnika na podwórku stali dalsi. SS-mani z karabinami maszynowymi w pogotowiu. SS-owcy kazali obudzić najpierw kobiety, które spały w osobnej celi. SS-owcy poszli za nim do celi kobiet. Odchodzący z kobietami SS-mani dawają mu rozkaz, by obudził mężczyzn. W czasie budzenia mężczyzn słyszy od strony żydowskiego cmentarza strzały. Stenchlak truchleje po raz drugi, domyślając się, co się jeszcze gotuje. Grupami po dwóch, skutych w kajdany, wyprowadzają SS-mani dalszych więźniów, prowadząc ich szpalerem, utworzonym przez SS-manów aż na cmentarz żydowski. Tam straceńcy musieli uklęknąć nad grobem i czekać na strzał w tył głowy przez zdziczałych zbirów krwiożerczych. To, co się działo na cmentarzu, obserwowała kobieta ze strychu domu ob. Kluza, sąsiadującego z cmentarzem. Słyszała strzały i wybiegła na strych, skąd okienkiem widziała całą tragedię.”

13 kwietnia 1945 roku ofiarą tej straszliwej niemieckiej zbrodni padli:

  1. Byrtus Paweł, ur. 29.3.1921 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 120, syna Jana i Maryanny, rodz. Wolnej
  2. Juroszek Antoni, ur. 3.7.1893 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 444, syn Pawła i Jadwigi, rodz. Juroszkównej
  3. Juroszek Jan, ur. 20.6.1922 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 444, syn Antoniego i Marii, rodz. Marekwcównej
  4. Juroszek Stanisław, ur. 30.12.1923 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 444, syn Antoniego i Marii, rodz. Marekwicównej
  5. Kobarski Ferdynand, ur. 12.9.1888 w Koniakowie, zamieszkały w Jaworzynce, następnie w Istebnej 270, syn Karola Küblaj i Filomeny, rodz. Kurnioszkównej
  6. Kujawa Józef, ur. 16.5.1908 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 177, syn Michała i Anny, rodz. Kukuczkównej
  7. Motyka Paweł, ur. 29.10.1910 w Jaworzynce, zam. w Jaworzynce 366, syn Pawła i Anny Stańkównej
  8. Wawrzacz Franciszek, ur. 20.1.1915 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 137, syn Zuzanny Wawrzaczównej
  9. Wawrzaczowa Jadwiga, ur. 27.2.1888 w Istebnej, zam. w Istebnej Nr 137, córka Józefa i Anny Zawadównej
  10. Witoszkowa Ema, ur. 27.9.1901 w Łomnej, zam. w Istebnej Nr 286, żona Pawła, leśniczego w Istebnej, córka Andrzeja Górniaka i Ewy, rodz. Pilch
  11. Słowioczkowa Jadwiga, ur. 5.3.1910 w Istebnej, zam. w Jaworzynce 181, żona gajowego, córka Jana Pindura i Anny, rodz. Kukuczkównej
  12. Czepczarówna Zuzanna, ur. 26.11.1921 w Jaworzynce, zam. w Jaworzynce Nr 246, córka Jadwigi Czepczor z Jaworzynki.

W dalszej części przywołanego artykułu Józef Mazurek pisał:

„W nocy z 1-go na 2-go maja 1945 przesunął się front przez Istebnę i Jabłonków ku Frydkowi. Hitlerowcy opuszczają nasz Śląsk w popłochu. W kilka dni później Istebnianie, uzbrojeni w karabiny, przybyli do Jabłonkowa z wozami. Chcieli najpierw sami wykopać rozstrzelanych, lecz miejski urząd dodał im do pomocy pozostałych w Jabłonkowie miejscowych niemców. Przy udziale wielkiej ilości widzów otworzono grób masowy. Następnie rozpoznawano zwłoki, umyto im twarze i wkładano każdego do osobnej trumny, na której kredą napisano nazwisko. Było to w środę 9. maja 1945 roku koło południa. Dwanaście wozów z trumnami, eskortowanych przez milicję istebniańską, przejechało przez rynek, zatrzymując się przed kościołem, gdzie się odbyły obrzędy kościelne. Następnie przewieziono trumny do Istebnej, tą samą drogą, jaką ich gestapowcy przed miesiącem na śmierć prowadzili.”

Wojciech Kempa