73 lata minęły od tamtych dramatycznych i zarazem tragicznych wydarzeń...

W roku 1961, w dwudziestą rocznicę śmierci por. Skrzeka, na łamach „Gońca Górnośląskiego” ukazał się artykuł A. Królikowskiego „Michałkowicka Ballada”:

„3 grudnia 1941 r. białe płatki śniegu pokryły bytkowskie i michałkowickie pola. Plac w Michałkowicach – Bytkowie, podobnie jak przed niespełna dwoma tygodniami, zapełnił się znów ludzkim tłumem. Na kogo teraz kolej? Zajeżdża karetka więzienna. Pierwsi wyskakują esesmani. Moment wyczekiwania – Przeca to Zeflik! Nasz Zeflik – Józef Skrzek! Rozejrzał się wokoło. Przybladł, ale spokojnie podążył na miejsce kaźni. Nie, nie załamie się, pokaże, jak umiera polski harcerz! Stanął na podwyższeniu i wzrokiem objął ukochaną śląską ziemię. Jak w kalejdoskopie przesunęło się przed nim młode, zaledwie 30-letnie życie. Wspomniał spracowane ręce ojca – górnika kop. „Michał”, który przez 42 lata wydzierał ziemi cenny, błyszczący węgiel. Pomyślał o matce, zmarłej zaledwie przed kilkoma dniami. Wspomniał oficerskie szlify podporucznika 3 pułku strzelców podhalańskich, jasną salę szkolną. Był przecież nauczycielem, który zawód swój kochał i szanował. Znał nie tylko uczniów, ale i rodziców, środowisko robotnicze, środowisko michałkowickich górników. Kochali go za to i cenili. Dziś ma się pożegnać z młodym życiem. Właśnie tam gdzie w listopadzie zginął bohaterską śmiercią przyjaciel i towarzysz walki – Paweł Wójcik. Wydany przez konfidentkę gestapo – przez trzy miesiące przeszło więziony był w Mysłowicach. Dziś ma ponieść śmierć przez powieszenie. Oprawca założył już stryczek. I nagle powietrze przeszywa okrzyk – Niech żyje Polska! Gorzki szloch zebranych jest odpowiedzią. Stołek usuwa się spod nóg... Tak zginął Józef Skrzek – świetlana postać śląskiego nauczyciela.”

Mało kto zapewne zdaje sobie sprawę z faktu, że Okręg Śląski ZWZ w roku 1940 należał do najsilniejszych w kraju (zrzeszał trzy razy więcej ludzi niż Okręg Warszawa!). Paweł Ulczok, podówczas łącznik komendy Okręgu, w swej relacji tak opisał stan organizacyjny Polskich Sił Zbrojnych, jak na Śląsku nazywano Związek Walki Zbrojnej, latem 1940 roku:

„PSZ stały się podziemnym państwem polskim na Śląsku. Śląsk był gotowy do zadania nakreślonego mu przez centralę – przejęcie administracji od Niemców i na wypadek powstania wytrzymanie przez 6 dni. Organizacja liczyła wówczas na pewno około dwunastu tysięcy ludzi zorganizowanych. Najsilniejszy był inspektorat katowicki liczący około siedmiu tysięcy ludzi, następnie szły inspektoraty rybnicki i cieszyński.”

Ale ta masowość organizacji miała też swoje ujemne strony. Gestapo szybko wpadło na jej trop, zadając jej szereg ciężkich ciosów. Na Śląsku nieomal nie było dnia, w którym Gestapo nie zdołałoby wyrwać kogoś z szeregów ZWZ / AK. A były i dni, gdy w niemieckie łapy wpadało kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilkuset żołnierzy konspiracyjnego wojska. Pierwsza tzw. „masówka” miała miejsce w dniach 14 – 15 kwietnia 1940 roku. Gestapo uderzyło wówczas w scaloną z ZWZ Polską Organizację Partyzancką, którą utworzono w oparciu o struktury przedwojennego harcerstwa. W ślad za tym nastąpiły kolejne aresztowania. W sumie w ciągu kwietnia i maja 1940 roku aresztowano ok. 500 członków POP - ZWZ.

27 sierpnia 1940 roku niemieccy urzędnicy przybyli do willi „Lusia” w Wiśle - Jaworniku, gdzie akurat przebywał komendant Okręgu Śląskiego Związku Walki Zbrojnej. Doszło do strzelaniny, w trakcie której Korol został trafiony (nie chcąc wpaść w ręce Niemców, popełnił samobójstwo). W willi „Lusia” Niemcy znaleźli dokumenty, które naprowadziły ich na ślad struktur konspiracyjnych. Wydarzenie to w taki sposób opisał Juliusz Niekrasz w książce „Z dziejów AK na Śląsku”:

„W dniu poprzedzającym śmierć Korola, 26 sierpnia, w willi „Lusia” w Wiśle-Jaworniku przebywali bratankowie pierwszego wojewody śląskiego, Michał i Benedykt Rymerowie, Ksawery Lazar, Paweł Ulczok, jej właścicielka Maria Kwaśna oraz narzeczona Ulczoka, Hildegarda Nandzikówna. Ta ostatnia była znajomą Kwaśnych, w willi „Lusia” mieszkała już od kilku miesięcy. Tego dnia przyjechał tutaj z Krakowa Józef Korol. Rano 27 sierpnia wydał rozkaz Pawłowi Ulczokowi, aby jechał do Rybnika. Ulczok udał się tam na rowerze. Przed południem wyruszył do Bielska Lazar również z jakimś rozkazem Korola. Około godziny 15 komendant wysłał braci Rymerów do Wisły-Głebce, do willi „Ludwisia”, przedostatniej ich kwatery (do dnia 20 sierpnia 1940 r.), z poleceniem przywiezienia stamtąd garderoby. W willi „Lusia” pozostali wiec Korol, Nandzikówna i Kwaśna. Około godziny 16 do „Lusi” przybyła grupa Niemców. W jej skład wchodzili urzędnicy uzdrowiska Wisła wraz z burmistrzem, przedstawicielem Urzędu Powierniczego, partii NSDAP, Wehrmachtu oraz Siedlungskommando (to ostatnie przeprowadzało wysiedlanie ludności). Zadaniem tej komisji był spis i sekwestracja willi opuszczonych lub zajmowanych przez Polaków. W willi „Lusia” nikt nie odpowiadał na dzwonki i pukania i komisja po objęciu budynku spisem zaczęła się oddalać. Nandzikówna widziała przez firankę grupę cywilnych i umundurowanych Niemców, powiadomiła o tym Korola, mówiąc, że przed willa jest gestapo. Komendant przywiózł poprzedniego dnia nominacje, awanse i odznaczenia dla członków ZWZ. Były to dokumenty szczególnie kompromitujące, gdyby wpadły w ręce niemieckie, zdekonspirowałyby wiele osób. Korol przystąpił do natychmiastowego palenia przywiezionych dokumentów i innych – równie tajnych – jakie miał w podręcznej teczce, zawierającej między innymi wykazy punktów kontaktowych na wszystkie inspektoraty i obwody. Palenie trwało około l0 minut. Tymczasem któryś z członków komisji odwrócił się i dostrzegł wydobywający się z komina wilii dym, co oznaczało, że ktoś tam przebywa. Niemcy zawrócili i zaczęli energicznie dobijać się do drzwi. Wówczas Nandzikówna uchyliła okno i powiedziała, że tu pokoju się nie wynajmuje, a gospodyni nie ma i ona nikogo nie wpuści. Jeden z Niemców pokazał jakiś znaczek w klapie marynarki i kazał jej natychmiast otwierać. Korol zabrał walizkę z pozostałymi papierami i kazał Nandzikównie uciekać wraz z nim wyjściem przez garaż. Niestety, było już za późno. Niemcy otoczyli willę i zaczęli się do niej włamywać. Korol przekonawszy się, że nie zdoła uciec, kazał Nandzikównie niszczyć dokumenty, które miał w walizce. Nandzikówna pobiegła z walizką do kuchni, wyjęła łopatką żar z pieca i wrzuciła go na papiery, które zaczęły płonąć. Tymczasem Niemcy wyważyli drzwi od strony garażu i wdarli się do środka. Korol wybiegł na taras. Właścielka willi już na początku zajścia położyła się do łóżka. Korol zaczął strzelać do Niemców znajdujących się na zewnątrz willi, jak i przez drzwi prowadzące na taras. Niemcy usiłowali go ująć. Posługując się Nandzikówna jako tarczą ochronna, podprowadzili ją pod drzwi i kazali wezwać Korola do zaprzestania ognia. Komendant posłuchał wezwania, przerwał strzelanie i otworzył drzwi. W tym momencie Nandzikówna rzuciła się na podłogę. Rozpoczęła się wymiana strzałów przez otwarte drzwi. W pewnym momencie jedna z kul trafiła Korola w nogę. Widząc, że sytuacja jest beznadziejna i nie chcąc dać się wziąć żywcem, Korol zażył cyjankali, które zawsze nosił przy sobie. Śmierć nastąpiła bardzo szybko.”

W listopadzie 1940 r. szef Oddziału I Komendy Okręgu Śląskiego ZWZ Ksawery Lazar poznał ładną kobietę, chorzowiankę Martę Rybiankę. Chcąc jej zaimponować, przedstawił się jej jako żołnierz konspiracji. Tymczasem Rybianka okazała się agentką Gestapo. Lazar umówił się z nią 20 listopada przed katowicką kawiarnią „Astoria”, na rogu Mariackiej i Mielęckiego. Tam czekało na niego Gestapo. Zdołał on jeszcze postrzelić jednego z gestapowców, ale w chwilę potem był już obezwładniony. Towarzyszący wówczas Lazarowi Jan Rerich ps. „Ryś”, oficer broni Okręgu, nie chcąc wpaść w ręce Gestapo, podjął próbę popełnienia samobójstwa, uderzając z całej siły głową w kant obudowy samochodu (kilka dni później został zastrzelony przy próbie ucieczki). Już wcześniej, mianowicie 17 listopada, Niemcy aresztowali szefa Oddziału II (wywiad i kontrwywiad) Komendy Okręgu Śląskiego, pełniącego od niedawna funkcję Szefa Sztabu Okręgu, Karola Kornasa. Dzięki dokumentom znalezionym w willi „Lusia” oraz informacjom wydobytym z poddanych nieludzkim torturom Lazara i Kornasa, Niemcy coraz lepiej orientowali się w strukturze śląskiej ZWZ. Swoje zrobili także agenci Gestapo, którzy zdołali przeniknąć do struktur ZWZ; że wymienię w tym miejscu najsłynniejszego – Wiktora Grolika. Efektem były kolejne aresztowania. 18 listopada aresztowany został zastępca komendanta Inspektoratu Katowice Jan Skolik ps. „Brzeziński”, a następnego dnia – Michał i Benedykt Rymerowie, w mieszkaniu których znajdowała się skrzynka kontaktowa Komendy Okręgu. 17 grudnia aresztowany został komendant Okręgu Śląskiego (następca Korola) Józef Szmechta ps. „Hutnik”. Dodam w tym miejscu, że Juliusz Niekrasz pisze, iż Szmenchta aresztowany został 12 grudnia (nie podając źródła tej informacji). Nie wydaje się to słuszne. W grypsie z 22 grudnia, przemyconym z więzienia w Zabrzu, Szmechta napisał:

„Swego czasu dostałem wezwanie do prokuratura na plac Wolności (ja myślałem, że to w sprawie Galgona), był to podstęp i tam mnie aresztowano, a na drugi dzień dużo innych, których Lazar podał.”

Tak więc Szmechta aresztowany został w przeddzień „masówki”, która nastąpiła w dniu 18 grudnia 1940 roku. Tego dnia Niemcy ujęli 456 osób. Trzy dalsze osoby (w tym komendanta Inspektoratu Katowice Jana Klauzę ps. „Saper”) zastrzelono przy próbie ich aresztowania.

Po aresztowaniach, jakie miały miejsce w grudniu 1940 roku, Komenda Główna ZWZ mianowała komendantem Okręgu Śląskiego ppłk. Henryka Kowalówkę ps. „Topola”, dotychczasowego komendanta Podokręgu Zagłębie. Szefem sztabu Okręgu został dotychczasowy komendant Obwodu Zawiercie kpt. Józef Słaboszewski ps. „Toruń”. Podokręg Zagłębie, należący dotychczas do Okręgu Kraków, został zlikwidowany, a jego teren został włączony do Okręgu Śląskiego jako Inspektorat Sosnowiec. Na jego czele stanął mjr art. Roman Kałuziński ps. „Burza”, dotychczasowy komendant Obwodu Sosnowiec. Komendantem Inspektoratu Katowice został por. Józef Skrzek ps. „Gromek” z Michałkowic, harcerz, oficer 3 pułku strzelców podhalańskich...

Wiele wskazuje na to, że do aresztowań przyczyniła się Helena Mathea, zwana też Matejanką i używająca pseudonimów „Julka” i „Lu”, łączniczka w Komendzie Okręgu. Wiadomo, że 18 maja 1941 roku zostaje ona przypadkowo aresztowana, ale już po kilku dniach odzyskuje wolność. Niedługo potem spotyka w pociągu prof. Alojzego Targa, zastępcę Delegata Rządu na Okręg Śląski, któremu opowiada, jak to gestapowiec Paul Breuche zakochał się w niej i doprowadził do jej uwolnienia. Dodajmy, że „Julka” była kobietą niezwykłej urody i nie trudno wyobrazić sobie, że ktoś mógł się w niej zakochać. Nie wszyscy jednak dali jej wiarę. Komendant Inspektoratu Katowice, michałkowiczanin Józef Skrzek, zgłosił zastrzeżenia odnośnie „Julki”, w związku z czym odbyły się dwie narady w jej sprawie. Pierwsza miała miejsce jeszcze w maju, druga - w lipcu. Na nieszczęście, większość zebranych uznała wyjaśnienia „Julki” za wiarygodne i została ona dopuszczona do pracy konspiracyjnej. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Na pierwszy ogień poszedł Józef Skrzek, z którym to „Julka” 5 września umówiła się w katowickiej kawiarni „Europa”. Tam dopadli go agenci Gestapo. Kilka tygodni później Skrzek zdołał przemycić z więzienia gryps:

„Jestem po śledztwie. Śledztwo trwało miesiąc. Nie wydałem nikogo, nie wsypcie i wy mnie. Wmówiłem Gestapo, że jestem przedstawicielstwem harcerstwa w Polskiej Organizacji Charytatywnej, pomagającej rodzinom aresztowanych. Wszystko skończyło się dobrze. Grozi mi osiem lat Zuchthausu. Jula pracuje dla Gestapo.”

Tymczasem aresztowania trwały. 6 września 1941 roku aresztowany zostaje na dworcu w Katowicach ks. Jan Macha, związany ze scaloną z ZWZ Polską Organizacją Zbrojną, wikary parafii w Rudzie, który tego dnia z dwoma ministrantami udał się do Katowic po katechizmy. Po odebraniu katechizmów wszyscy wracają na dworzec, ksiądz bowiem chce widzieć, jak ministranci bezpiecznie wsiadają do pociągu. Sam ma zostać w Katowicach, gdzie wziąć ma udział w spotkaniu konspiracyjnym. Jeden z ministrantów, Bernard Łukaszczyk, opowiadał potem, że będąc już w pociągu, rozmawiał z księdzem, gdy niespodziewanie podeszło do niego dwóch funkcjonariuszy Gestapo w cywilnych ubraniach. Towarzyszyła im urodziwa blondynka, która chwilę wcześniej wskazała im księdza Machę – z opisu wynika, iż była to Matejanka. Najwyraźniej nie wiedzieli oni, jak wygląda ksiądz Macha i dlatego zabrali ze sobą Matejankę. 15 września „Julka” wystawia Pawła Ulczoka. Scenariusz jest ten sam, co w przypadku aresztowania Skrzeka - umawia się z nim w katowickiej kawiarni „U Przybyły” (przy ul. Świętego Jana), gdzie czeka na niego Gestapo. Ulczok załamuje się w śledztwie i - tak jak „Julka” – idzie na współpracę. Józef Skrzek, który początkowo liczył, że uda mu się ujść śmierci, przemyca gryps, w którym pisze:

„Wszystko stracone. Ulczok mnie wsypał. Żegnajcie.”

Skrzek został powieszony na drzewie w Bytkowie 3 grudnia 1941 roku. Do zgonionych przez hitlerowców, by przyglądali się egzekucji, mieszkańców Michałkowic i Bytkowa, powiedział, by nie rozpaczali i, zapowiadając, że nadejdzie dla katów dzień sądu. Kiedy zakładano mu pętlę na szyję, zawołał: „Niech żyje Polska!”. Zgromadzony tłum przeszył szloch. Wielu ludzi padło na kolana. Dodam, że dwa tygodnie wcześniej (18 listopada 1941 roku) na tym samym drzewie powieszony został bliski współpracownik Skrzeka – Paweł Wójcik. Tak jak i Skrzek – harcerz i oficer ZWZ. Drzewo to dziś rośnie na Bytkowie (dziś dzielnicy Siemianowic Śląskich). Przy nim stoi pomnik. Wokół w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku wyrosło blokowisko. Drzewo i pomnik stoją na środku placu, który nosi imię Skrzeka i Wójcika. Imię Józefa Skrzeka nosi Szkoła Podstawowa nr 13 w Siemianowicach Śląskich – Michałkowicach. Rokrocznie w dniu 3 grudnia obchodzone jest Święto Szkoły. Uczniowie „trzynastki” wspominają tego dnia pamięć swego wielkiego patrona. Ksiądz Macha został ścięty na gilotynie w więzieniu w Katowicach dokładnie rok później niźli Skrzek. Wraz z nim zgilotynowani zostali Joachim Gürtler i Leon Rydrych. Wskutek zdrady Matejanki i Ulczoka w ręce Gestapo wpadło w sumie kilkaset osób. Tylko nieliczni spośród nich przeżyli wojnę. Sprawą Matejanki i Ulczoka zajął się tymczasem konspiracyjny Wojskowy Sąd Specjalny, który - w obliczu jednoznacznych dowodów winy - wydał na zdrajców wyrok śmierci. Oboje jednak „zapadli się pod ziemię”. W grudniu 1941 roku szef Sztabu Okręgu Śląskiego ZWZ kpt. Józef Słaboszewski ps. „Toruń” przypadkiem natknął się na Matejankę na Placu Andrzeja w Katowicach. Niestety, pierwszy strzał chybił, a nim zdołał drugi raz wystrzelić, zaciął się mu pistolet. Matejankę, którą w tym czasie zaczęto nazywać „Krwawą Julką”, starał się wytropić mój dziadek – por . Konstanty Kempa ps. „Tadeusz”, który jednak nie zdołał trafić na jej ślad. Ta bowiem zniknęła. Dziś wiemy, że wyjechała do Lipska. Później na krótko wróciła, po czym znów wyjechała – tym razem do Wiednia. Dziadek mój zmuszony był zameldować:

„Matejanka ulotniła się z Katowic.”

Ręka sprawiedliwości nigdy jej nie dosięgła. Prawdopodobnie do dziś mieszka w Wielkiej Brytanii. Ulczok w roku 1947 skazany został na karę śmierci. W swym ostatnim słowie powiedział:

„Wysoki Sądzie. Stoję przed kresem swojego życia i zdaję sobie sprawę z ogromu zbrodni, jakie popełniłem. Przepraszam znajomych i dawnych przyjaciół, których tak haniebnie zdradziłem. Dziękuję panu prokuratorowi, że nie oskarża mnie o wydanie w ręce gestapo Korola i Lazara. bo istotnie czynu tego nie popełniłem. Dziękuje panu obrońcy, że podjął się z urzędu obrony w tak niesławnym procesie. Polecam się miłosierdziu Bożemu.”

W zbiorach Adeli Korczyńskiej, które szczęśliwym trafem wpadły mi ostatnio w ręce, a które przez ostatnie ćwierć wieku przechowywane były na strychu u pewnej miłej pani, natrafiłem na odręczną notatkę, że Wera przyniosła od Korfantówny (Siemianowice) wiadomość o aresztowaniu Skrzeka oraz gryps, gdzie było napisane „Jula pracuje dla Gestapo”, potem że Skrzek ma być powieszony i na razie nie przyjeżdżać więcej do tej skrzynki w Siemianowicach.

Niestety, nie wiem, co to za Wera (będę próbował to ustalić). Natrafiłem natomiast na notatkę, z której wynika, iż Maria Korfantówna prowadziła skrzynkę Insp. Katowice w Siemianowicach, przy czym - o ile dobrze zrozumiałem treść notatki, która nie jest zbyt czytelna - owa skrzynka miała mieścić się na poczcie...

Następnie mamy notatkę z rozmowy z Ludwikiem Walczakiem. Otóż Ludwik Walczak, który to został aresztowany (nie ma informacji kiedy został aresztowany), przed aresztowaniem osobiście nie znał Matejanki. Na przełomie wiosny i lata 1941 roku był on przesłuchiwany w więziennej izbie chorych przez gestapowca nazwiskiem Marol, któremu towarzyszyła piękna blondynka. Zeznania składał po niemiecku, a gdy brakowało mu słowa po niemiecku, to wtrącała się blondynka, która tłumaczyła z polskiego na niemiecki. Później okazało się, że tą blondynką była Matejanki, której nie znał z pracy konspiracyjnej, bowiem jego łączniczką była Genia.

Z kolejnej notatki dowiadujemy się, że owa Genia to Wanda Kurkówna z Tarnowskich Gór, nauczycielka z Piotr.

Ale najciekawszym źródłem, na jakie natrafiłem, gdy chodzi o interesujący nas tu temat, jest relacja Jurka Janoty ps. „Jan” z Ligoty, który był kurierem Delegatury i jeździł z pocztą konspiracyjną do Warszawy. Otóż Jurek Janota zawiózł do Warszawy, do Alojzego Targa, gryps od Bronisława Anioła, który zaczynał się od słów „Uważajcie na Helę Matejankę”. Dalej Bronisław Anioł miał opisywać w tym grypsie, że Matejanka była na jego przesłuchaniu i gdy on wypierał się, ona uderzyła go w twarz.

O Aniołach już pisałem na łamach serwisu internetowego. To w ich domu w Ligocie - Zadolu drukowany był „Świt”. Drukarnia została zlikwidowana w trakcie „masówki” w dniu 18 grudnia 1940 roku. Bronisław Anioł, który został wówczas aresztowany, został następnie skazany na karę śmieci przez ścięcie.

Ale wróćmy do relacji Jurka Janoty. Otóż do konspiracji wciągnął Matejankę właśnie Bronisław Anioł. Była dyspozycyjna i aktywna i wkrótce została łączniczką. Były dwie próby zlikwidowania Matejanki. Pierwsza miała miejsce, jak wychodziła z Feminy (ul. Mickiewicza), gdzie czekano na nią. Ta jednak zorientowała się i cofnęła do lokalu, skąd zadzwoniła po Gestapo. Meldunek z tego zdarzenia sporządził Kostek Kempa (mój dziadek ) i przekazał go Małgosi, siostrze Jurka Janoty, która współpracowała z Kempą. Kolejna próba zlikwidowania Matejanki miała miejsce koło Astorii, ale i ona się nie powiodła. O tym, że Matejanka jest w Wiedniu wygadała się Mathejowa w rozmowie z matką Jurka Janoty. Miała przy tym powiedzieć, że jej córka ma w Wiedniu świetną posadę.

Z kolei mamy notatkę na temat Bibci Szemroszczyk. Otóż Bibcia Szemroszczyk namierzyła Matejankę w Wiedniu. Dowiedziała się od Matejanki, z którą rozmawiała w Wiedniu, że ta uczy się hiszpańskiego i włoskiego i że zna już pięć języków oraz że ma dobrą posadę.

Dodam, że nim Matejanka znalazła się w Wiedniu, przez rok przebywała w Lipsku, gdzie uczyła się angielskiego. Kiedy wywiad AK namierzył ją w Wiedniu, podjęto próbę wykonania na niej wyroku śmierci. Ta jednak w międzyczasie wyprowadziła się z zajmowanego mieszkania. Jak to się stało, że tuż przed przybyciem do jej wiedeńskiego mieszkania grupy likwidacyjnej AK ta wyprowadziła się z niego, tego nie wiem... Przypadek? A może ją ktoś ostrzegł? Niestety, nie mamy dowodów, które potwierdziłyby którąkolwiek z wersji...

Teraz przytoczę oświadczenie Heleny Wiechuły:

„Oświadczam, że Helena Mateja zwana u nas Halą często przychodziła do naszego domu w czasie od grudnia 1939 r. do chwili aresztowania brata Władysława w dniu 18 XII 1940 r. Od czasu do czasu przychodziła również po aresztowaniu rodziny w czerwcu 1943 r. pytając się czy mamy środki do życia pozostałych nieletnich dzieci aresztowanych sióstr. Napisała mi nawet prośbę do siostry Hitlera o zwolnienie rodziców z obozów koncentracyjnych. Byłam bardzo ostrożna w rozmowie z nią, ponieważ osobiście od obu braci dowiedziałam się po powrocie z robót przymusowych z początkiem 1942 r., że „Hala” jest na usługach Gestapo. Brat Władysław więziony w Raciborzu w czasie oficjalnego widzenia oświadczył mi przy strażniku żebym wystrzegała się fałszywej koleżanki Hali. Pytając się o moje koleżanki powiedział dosłownie „Koleżankę Halę wyrzuć z domu bo ona jest fałszywa” trącił mnie przy tym nogą. Brat Bolesław ukrywający się od 18 XII 1940 r. przed Gestapo informował to wyraźnie. Powiedział mi w tym samym okresie, że czytał gryps Józefa Skrzeka aresztowanego inspektora katowickiego ZWZ, który napisał „Jula pracuje dla Gestapo”. Bolek dodał „Hala będzie pierwsza, której wpakuję kulę w łeb”. Matejanka była bliską współpracownicą moich braci w pracy konspiracyjnej. Jedynie ojciec ostrzegał braci, że taka dziewczyna nadaje się na randki a nie do pracy w podziemiu. Na to bracia odpowiedzieli ona oddaje nam duże usługi bo umie zawsze wszystko załatwić szczególnie z mężczyznami.”

Jest też odręczna notatka, z której dowiadujemy się, że Matejanka często bywała u Wiechułów, przy czym ojciec podchodził do niej nieufnie, określając ją: „taka fi-fi-fi”, ale młodzi byli nią zachwyceni.

I jeszcze taka informacja – Józef Słaboszowski, składając zeznania w sprawie przeciwko Ulczokowi, Kampertowi i Grolikowi, zeznał, iż w styczniu 1943 roku został szefem sztabu Komendy Okręgu Śląskiego Armii Krajowej. Po wydaniu wyroku śmierci na Ulczoka, podjął działania w celu namierzenia go. Dowiedział się, że ukrywa się w Rybniku i że bywa tam u niego ... Matejanka.

Wojciech Kempa