75 lat temu gestapo rozbiło siemianowicką komórkę, stanowiącego integralną część ZWZ, Związku Orła Białego.

Józef Schwestka urodził się 16 grudnia 1923 roku, mieszkał na Hugo. Harcerstwo było dla niego czymś więcej niż pasją... Jemu to zawdzięczamy najobszerniejszą relacją dotyczącą funkcjonowania struktur konspiracyjnych na terenie Siemianowic Śląskich. Gdy Niemcy zajęli Siemianowice Śląskie, wyjechał na jakiś czas został skierowany do pracy w Emden an der Ems, skąd jednak po ośmiu miesiącach powrócił. Oddajmy mu w tym momencie głos:

„Po powrocie z landowy (robót rolnych) otrzymałem z „Arbeitsamtu” skierowanie do pracy w drogerii hitlerowca, członka NSDAP, Chroboka, w miejscowości Bytków, oddalonej trzy kilometry od Siemianowic. […] Zaraz po powrocie od bauera nawiązałem kontakt z druhami z ZHP. Pierwsze kroki skierowałem do wiernego i oddanego przyjaciela - Emanuela Waloszka. Wciąż nie dawało nam spokoju pytanie: co dalej, jak skutecznie szkodzić Niemcom i pomagać tym, którzy podjęli walkę o utrzymanie polskości?

Pewnego popołudnia, wracając z pracy do domu, spotkałem Waloszka, który powiedział mi z tajemniczą miną, abym w niedzielę nie wychodził z domu, gdyż przyjdzie do mnie ze swoim znajomym. Prosił, by nie zadawać żadnych pytań i szybko się ze mną pożegnał. [...]

W umówioną niedzielę byłem bardzo niespokojny i zdenerwowany, co zwróciło uwagę mojej matki. Godziny wlokły się jak żółw. O 10.30 matka wyszła do kościoła na sumę, a po kilkudziesięciu minutach zapukano do drzwi. W drzwiach stał Waloszek z nie znanym mi młodym mężczyzną. Zdziwiło mnie, że mój serdeczny druh nie dokonał prezentacji. Dopiero z rozmowy dowiedziałem się, że nieznajomy to podharcmistrz, który organizuje na terenie Śląska harcerskie grupy konspiracyjne. Organizacja, którą reprezentuje, skupia patriotyczną młodzież z dawnych harcerskich szeregów i nosi nazwę „Biały Orzeł”. Wyraził nadzieję, że wkrótce podejmiemy walkę z okupantem. Żadne szczegóły dotyczące nazwisk lub miejsc spotkań nie zostały jeszcze ujawnione. Podał tylko, że druh Waloszek jest upoważniony do prowadzenia dalszych rozmów i poczynań organizacyjnych według własnego uznania. […]

Należało w pierwszej fazie przekonać patriotycznie nastawionych i gotowych na wszystko druhów z ZHP, aby przyłączyli się do nas. Typowanie kandydatów, omawianie ich zalet, znajomość obchodzenia się z materiałami wybuchowymi, odwaga, ofiarność i gotowość do poświęceń dla dobra Polski - to były kryteria werbowania członków do naszej grupy.

Jednogłośnie została zaaprobowana kandydatura Hermana Wróbla. Wykazał się dużą bojowością w starciach z członkami BDJ [„Bund Deutscher Jugend”], był bardzo koleżeński, a zarazem małomówny i można mu było powierzać tajemnice. Pochodził rodziny górniczej, Jego ojciec brał udział w powstaniach śląskich.

Następnym kandydatem był Józef Sołtysik. Znaliśmy go z patriotycznej postawy i odwagi w działaniu. Z wyglądu zewnętrznego można go było nazwać „molem książkowym”. Był to młodziutki intelektualista, rozmiłowany w czytaniu, a jednocześnie odważny. Nienawidził Niemców. Miał zaledwie 15 lat. Był najmłodszym członkiem naszej grupy. Pochodził z rodziny górniczej uczestniczącej w powstaniach śląskich. Nasza czwórka stanowiła trzon organizacyjny pierwszej w Siemianowicach Śląskich zorganizowanej konspiracyjnej grupy. Przywódcą z nominacji oraz całkowitego naszego podporządkowania i zaufania został Emenuel Waloszek.”

Nie była jednak grupa Waloszka „pierwszą w Siemianowicach Śląskich zorganizowaną konspiracyjna grupą”. Już wcześniej bowiem zawiązała się na tym terenie komórką organizacji „Ku Wolności”, a nadto już jesienią 1939 roku zaczął tworzyć w Siemianowicach Śląskich struktury organizacji „Orzeł Biały” podharcmistrz Stanisław Grodecki. Jemu to między innymi podlegała grupa Emanuela Waloszka. Pytanie – ile takich grup było? No i czy słuszna jest sugestia Tadeusza Kura, że „Orzeł Biały” to po prostu Organizacja Orła Białego. W świetle relacji Kazimierza Pluty – Czachowskiego wydaje się to bardzo prawdopodobne. Dodajmy jeszcze. że kontakt z Grodeckim utrzymywał również Gerard Koloch z Bytkowa i dzięki jego relacji dowiadujemy się tak naprawdę, że Grodecki już jesienią 1939 roku podjął pracę konspiracyjną i że jemu to podlegała grupa Emanuela Waloszka, przy czym nie wydaje się, aby Grodecki był ówcześnie przełożonym grupy, której członkiem był Koloch. Tadeusz Kur w książce Ćwiki z warowni „Śląsk” relacjonuje swoją rozmowę z Gerardem Kolochem:

„Jak stwierdza autorytatywnie również Gerard Koloch, pierwsza polska ulotka podziemna w Siemianowicach została napisana i odbita na udostępnionym mu powielaczu przez podharcmistrza Stanisława Grodeckiego, przedwojennego nauczyciela zamieszkałego w Siemianowicach przy ul. Kościuszki. Było to już późną jesienią 1939 roku. Przedtem - 10 października 1939 roku - Gerard Koloch wraz z Józefem Krauspem był przyjmowany do organizacji „Orzeł Biały”, wchłoniętej później przez Służbę Zwycięstwu Polski, a potem ZWZ - AK.”

Gerard Koloch miał wówczas powiedzieć, że za pracę konspiracyjną w Siemianowicach był odpowiedzialny całkowicie podharcmistrz Stanisław Grodecki, a w Michałkowicach - harcmistrz Józef Skrzek, obciążony szczególną odpowiedzialnością za sprawy wojskowe, oraz że grupy konspiracyjne działały także w Bytkowie: całe rodziny Świerzych, Gabrysiów, Gansińców i Tomanków. Aby uniknąć zbyt częstego odwiedzania Józefa Skrzeka, utrzymywano w Michałkowicach kontakt z Anną Kot (Mitręgówną). Zeznając przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach w dniu 26 lutego 1974 roku, Koloch powiedział:

„W dniu 10 października 1939 roku harcerka Wanda Gansiniec oświadczyła mi, abym się zgłosił z Józefem Krauspe – harcerzem do złożenia przysięgi. Przysięgę składałem na drodze, gdzie obecnie jest telewizja, przed nieznanym mi człowiekiem.

Po kilku dniach Gansiniec powiedział mi, że będę szefem kolportażu nielegalnej prasy harcerskiej. Pierwszą ulotkę wydał przed dniem 31 grudnia 1939 roku Stanisław Gródecki, nauczyciel, podharcmistrz z Siemianowic. Powielił ja w mieszkaniu swego teścia, który zamieszkiwał w tej samej miejscowości przy ul. Kościuszki. Udałem się z Gansińcem do Gródeckiego i tam odebrałem około 300 sztuk ulotek, zawierających wiadomości radiowe, a także m.in. przemówienie kardynała Hlonda z Watykanu. Ulotki te rozrzuciłem w nocy na 31 grudnia 1939 roku na terenie Bytkowa i Michałkowic, m.in. w kościele i Urzędzie Gminnym w Michałkowicach.”

Z Kolochem ściśle współpracował Czesław Gansiniec, który w swej relacji napisał:

„W dniach poświątecznych Bożego Narodzenia 1939 roku nauczyciel Szkoły Podstawowej w Siemianowicach druh Stanisław Grodecki, działający w ramach organizacji „Orzeł Biały”, zlecił mi przeprowadzenie rozmowy z właścicielem Drukarni Przemysłowej w Katowicach, Chmurkowskim, w sprawie ewentualnego wydrukowania, w formie ulotek, wigilijnego przemówienia radiowego ks. kardynała Hlonda z Londynu do Polaków. W trakcie rozmowy przeprowadzonej z p. Chmurkowskim około godziny 13.00 przy narożniku ul. Wojewódzkiej w Katowicach, okazało się, że drukarnia jest już obsadzona przez treuhändera i wykonanie druku nie jest możliwe. [...] Powstała więc konieczność zorganizowania matryc woskowych i papieru. Materiały te - po długich targach - otrzymałem od znajomego sklepikarza z okresu przedwojennego (zaopatrywał zakład, w którym pracowałem do wybuchu wojny) przy ul. Jagiellońskiej.

Ulotki powielone w domu p. Fanfary w Siemianowicach przy ul. Kościuszki - teścia druha Grodeckiego - w liczbie około 2500 sztuk, formatu A4, przenieśliśmy w wieczór sylwestrowy z druhem Edwardem Kolochem do Bytkowa.

Część ulotek druh Koloch rozprowadził (wykorzystując zachodni wiatr) wzdłuż siatkowego ogrodzenia ulicy prowadzącej do kościoła, a część złożył za ołtarzem św. Michała w Michałkowicach. Pozostałą rozdałem wśród znajomych w Bytkowie i Katowicach. W związku z tym, że pracowałem w Katowicach, skontaktowano mnie z druhem Edwardem Kalinowskim, od którego odbierałem przywożone z Dąbrowy Górniczej antyhitlerowskie ulotki. W połowie marca 1940 roku zostałem skierowany do nowo zorganizowanego punktu kontaktowego druha Tendery przy ul. Warszawskiej 88 w Katowicach, gdzie dostarczałem materiały i odbierałem powielane biuletyny „Wici”. Jednym z odbiorców był Antoni Adamus z Katowic i kol. Koloch.”

Tadeusz Kur w swej książce cytuje wypowiedź Gerarda Kolocha:

„W styczniu 1940 roku odwiedził mnie w Bytkowie jakiś człowiek i powiedział, że ma dla mnie dobrą robotę, ale w tym celu muszę przyjechać do Piotrowic i pod wskazanym adresem poznałem Józefa Pukowca, który zaproponował mi rozprowadzanie prasy podziemnej na terenie powiatu katowickiego.

Tajne gazetki harcerskie były drukowane u rodziny Aniołów w Panewnikach (na Zadolu). Anioł był również działaczem harcerskim. Wydawano wówczas trzy tytuły: „Świt”, „Wici” i „Dobosz”."

Tymczasem zajrzyjmy ponownie do protokołu zeznania Gerarda Kolocha złożonego przed OKBZH w Katowicach:

„W początkach 1940 roku chyba od Stęczniewskiego otrzymałem polecenie udania się do mieszkania rodziny Tenderów (Paweł) przy ul. Krakowskiej w celu odebrania pierwszej gazetki „Świt". Gazetkę tę podzieliłem na miejscowości: Stary Chorzów – składając część u drużynowego w Starym Chorzowie (nazwiska nie pamiętam), u Lisa zamieszkałego wówczas przy Bergmannstrasse, u Kozieła w Wełnowcu, u rodziny Bartodziejów w Siemianowicach (warsztat obuwniczy), u rodziny Miernickich w Mysłowicach i u rodziny Ziajów w Małej Dąbrówce. Następnie po krótkiej przerwie ukazała się gazetka „Wici”, a później „Dobosz”. Pierwszy ,,Świt” odbierałem od J. Pukowca z Piotrowie. Doręczając mi pierwszą partię, oświadczył, że jest drukowana u Aniołów na Zadolu i że następne kontakty będę utrzymywał przez rodzinę Tenderów i że każdego tygodnia będę mógł tam odbierać gazetki.”

Dalej Tadeusz Kur pisze:

„W każdy piątek ukazywał się nowy numer tytułów. Nakłady były stosunkowo duże. Koloch otrzymywał od 300 do 400 egzemplarzy. Oczywiście mowa tylko o tych egzemplarzach, które były rozprowadzane przez jego sieć kolporterską.”

Zeznając przed OKBZH, Gerard Koloch powiedział:

„W Bytkowie dostarczałem gazetki Gansińcom, Walerianowi Kamińskiemu i Stanisławowi Dykcie, w mieszkaniu rodziny Gabrysiów, gdzie się spotykaliśmy. Gazetki rozdzielałem do chwili mojej ucieczki w maju 1941 roku. […] W Bytkowie utrzymywałem kontakt z Janem Musiołem i Franciszkiem Alojzym Komanderem, Józkiem Golą, Pawłem Gawędą, a w Michałkowicach z Bąkiem, Anną Kot, harcerką Glanc, Ernestem Włoczkiem.”

Z kolei rozmawiając z Tadeuszem Kurem, Koloch stwierdził:

„Z harcerskich akcji, oprócz plakatowych przypominam sobie jedną, którą wykonałem wspólnie z Adamem Stęczniewskim. 1 maja 1940 roku zawiesiliśmy biało - czerwony sztandar przy kościele na ul. Mariackiej w Katowicach.

W połowie 1940 roku, kiedy zaczął wychodzić „Dobosz”, poznałem osobiście Emanuela Waloszka. Było to bądź to u Stanisława Grodeckiego, bądź u jednego z braci Bartodziejów, którzy byli harcerzami. [...] Waloszek był bardzo ruchliwy i zdawałem sobie sprawę, że w pracę konspiracyjną jest mocno wciągnięty, zwłaszcza że często jeździł do Krakowa na jakieś tajne zebrania. Ja jednak byłem zajęty całkowicie swoją robotą kolportażową i tzw. służbowego kontaktu z Waloszkiem nie miałem.

Po wielkich aresztowaniach grudniowych, wstrzymaliśmy wprawdzie, na rozkaz Skrzeka (Pukowiec był wtedy również aresztowany), działalność, ale w miarę upływu czasu wydawało się, że naszej grupie w Siemianowicach nic nie zagraża.”

Tymczasem w październiku 1940 roku powołany został do niemieckiego wojska Czesław Gansiniec. W swej relacji pisze on:

„W październiku 1940 roku zostałem ni stąd, ni zowąd (może dlatego, że podałem znajomość języka niemieckiego) wcielony do niemieckiego wojska. [...] W maju 1942 roku przeniesiono mnie do jednostki macierzystej w Saksonii. Tam się dowiedziałem, że Niemcy dawno mnie poszukują, bo zostałem uznany za „typowego Polaka” i mam być natychmiast zwolniony z wojska. [...]

Skierowano mnie do pracy w hucie „Baildon” w Katowicach, gdzie z byłym nauczycielem, Lucjanem Motyką z Bytkowa, należeliśmy do grupy sabotażowej AK. Ponownie nawiązałem kontakt z druhem Tenderą oraz braćmi Stęczniewskimi i Rulczyńskim, którym dostarczałem kolejno wychodzące „Świt” i „Dobosz”. Uszkodzenia tokarek, obrabiarek i matryc udawały się dość często bez wsypy. Niemiec Kaczorek nakrył mnie na spaleniu wielokrążka w Warsztacie Naprawczym i w czerwcu 1944 roku zesłano mnie na przymusowe roboty do Blachowni koło Kędzierzyna. Koniec wojny zastał mnie na terenie Katowic, po trzecim bowiem ciężkim nalocie aliantów na zakłady wróciłem nielegalnie do domu...”

Tymczasem wróćmy do tego, co działo się z grupą Emanuela Waloszka. Oto bowiem Józef Schwestka w swojej relacji pisze:

„Mieliśmy po 15 - 17 lat. Zaczęliśmy od zwalczania hitlerowskiej propagandy w sprawie używania ojczystego języka polskiego na Śląsku. Duże i gęsto rozplakatowane afisze głosiły, że „... kto mówi po polsku, jest naszym wrogiem” (Wer polnisch spricht, ist unser Feind). Przez drobną zmianę w pisowni zmienialiśmy treśćć na: „... kto mówi po polsku, jest naszym przyjacielem” (Wer polnisch spricht, ist unser Freund). Dwie noce z tuszem, farbą drukarską i pędzlem chodziliśmy oddzielnie po Siemianowicach, Bytkowie, Michałkowicach i Bańgowie. W ten sposób rozpoczęliśmy pierwszą akcję. [...]

Jednym z celów naszej działalności było również zabezpieczeniem przed zniszczeniem dzieł polskich klasyków i podręczników szkolnych, szczególnie z historii. Zbieraliśmy polskie książki, które były skazane na spalenie i makulaturę. Nieocenionej pomocy udzielił nam Józef Urbańczyk oraz znane z patriotycznej postawy rodzeństwo Jadwiga i Tadeusz Wieczorkowie, zamieszkali w Bytkowie. W piwnicy Józefa Urbańczyka gromadziliśmy cenne dla nas polskie książki, którymi się on opiekował, a w późniejszym okresie również je kolportował wśród łaknących polskiego słowa. Konspiracyjna biblioteka znajdowała się obok piwnicznych magazynów z towarami mojego szefa, właściciela drogerii, Reichsdeutscha Chroboka. W sposób bardzo przemyślany, spokojny i opanowany Józef Urbańczyk prowadził tę wypożyczalnię aż do aresztowania.

Jesienią 1940 r. otrzymaliśmy rozkaz zdobycia materiałów wybuchowych. Było to zadanie bardzo niebezpieczne i faktycznie nie do zrealizowania przez samych członków naszej grupy. Jedyna możliwość zdobycia materiałów wybuchowych istniała przez kopalnię węgla. Należało więc do tej akcji wciągnąć naszych rodziców - górników. Tutaj niezawodni okazali się rodzice Waloszka i Wróbla, którzy ryzykując życiem swoim i rodziny wynieśli około 3 kg lignozytu (materiał wybuchowy zwany tak od zakładów „Lignoza”). Ze względu na bezpieczeństwo rodziny Waloszka i Wróbla materiał został złożony u mnie w domu. Po kilku dniach otrzymałem rozkaz zabrania go i udania się do „pszczelnika” (park spacerowy w Siemianowicach), gdzie przekazałem go oczekującemu łącznikowi. Później dowiedzieliśmy się, że materiał wybuchowy został wykorzystany do wysadzenia transportu wojskowego w okolicach Mysłowic.

Po pierwszych udanych akcjach wstąpił w nas nowy duch bojowy. Przekonaliśmy się, że buta i pewność siebie hitlerowców nie są tak wszechpotężne, skoro mała grupa dzieci, harcerzy, potrafi postawić na nogi aparat gestapo.

Przed świętami Bożego Narodzenia otrzymaliśmy kilka egzemplarzy podziemnych gazetek: „Polak”, „Front Polski”, które zawierały informacje o znęcaniu się hitlerowców nad Polakami, licznych aresztowaniach i formach stosowanej przez już dość liczne grupy ruchu oporu walki z ciemiężcami. Szczególnie utkwił mi w pamięci artykuł o bestialskim traktowaniu więźniów w policyjnym więzieniu w Mysłowicach. Hitlerowski terror budził w nas spotęgowaną nienawiść oraz zmuszał do szukania coraz to innych form walki i prowadzenia małego sabotażu. Nie dysponując żadną maszyną do pisania ani powielaczem postanowiliśmy ręcznie przepisywać treść tajnych gazetek.

Była to praca bardzo żmudna, pracochłonna, wprost benedyktyńska, lecz myśl, że podniesie na duchu wielu Ślązaków - i przypomni, iż nie są osamotnieni w przeciwstawianiu się hitlerowskiej potędze, dodawała nam siły do jak najliczniejszego powielania gazetek. W Wigilię Bożego Narodzenia dziesiątki egzemplarzy wetknięto do skrzynek na listy lub podrzucono pod drzwi rodziny, co do których mieliśmy pewność, że po przeczytaniu przekażą egzemplarz swoim znajomym. Był to z naszej strony skromny patriotyczny upominek dla polskich rodzin z okazji świąt i dziś jestem przekonany, że sprawił wiele radości oraz wzbudził ufność w sercach tych, którzy nie ulegli hitlerowskiej propagandzie.”

O tym, że istotnie chodzi tu o Związek Orła Białego świadczyć mogą świadczyć niektóre z działań grupy; oddajmy w tym miejscu raz jeszcze głos Józefowi Schwestce:

„Po Nowym Roku otrzymałem plecenie wystarania się jakiegoś bądź środka toksycznego. Zlecono to mnie wiedząc, że pracuję w drogerii i że tam mogą znajdować się trucizny. Było to zadanie dość niebezpieczne do wykonania, gdyż mój szef nosił zawsze wszystkie klucze przy sobie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Dopiero po trzech tygodniach od chwili otrzymania rozkazu nadarzyła się sprzyjająca okazja. Późnym popołudniem mój szef wrócił z jakiegoś partyjnego zebrania pod „dobrą datą”. Ponieważ w kantorku było bardzo gorąco, zdjął marynarkę i popadł w stan półsnu. Po pewnym czasie chwiejnym krokiem skierował się w stronę korytarza. Kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwi, zdecydowanie sięgnąłem po pęk kluczy i szybko w mydle zrobiłem odcisk znanego mi kluczyka. Dosłownie spotniałem wtedy ze zdenerwowania. Po trzech dniach od chwili wykonania odcisku i dorobienia kluczyka, wykorzystując wcześniejsze wyjście Chroboka na urodziny żony, bez żadnych trudności otworzyłem skrytkę z interesującymi mnie środkami i zabrałem około 300 g „Schwienfurter Grün”. Truciznę przekazałem Urbańczykowi, po zamknięciu drogerii odebrałem ją od niego z powrotem, przekazując moją zdobycz Waloszkowi. Do dziś trudno mi dać zdecydowaną odpowiedź, dlaczego „kradzież” ta nie została szybko odkryta, mimo częstego korzystania z zawartości tej szafki przez szefa. Przypuszcza, że mój chlebodawca obawiał się nadać sprawie urzędowy bieg, aby sam nie popadł w tarapaty. Znacznie później dowiedziałem się, że przekazany środek został wykorzystany do zatrucia posiłków w niemieckiej kuchni polowej w województwie krakowskim - zrobili to członkowie innej grupy konspiracyjnej.

W lutym dowiedziałem się od Waloszka, że nie jesteśmy już jak dotychczas samodzielną grupą, lecz zostaliśmy włączeni do silniej organizacji działającej nie tylko w województwie katowickim - pod nazwą Związek Walki Zbrojnej. O kontaktach Waloszka łączących go służbowo z przełożonymi, mimo wieloletniej przyjaźni i serdecznych stosunków, nigdy nie było mowy. Obowiązywały zasady ścisłej konspiracji.”

Informacja, iż dopiero w lutym 1941 roku Schwestka dowiedział się, że nie są już samodzielną grupą i że zostali włączeni „do silniej organizacji działającej nie tylko w województwie katowickim - pod nazwą Związek Walki Zbrojnej”, budzi moje zdumienia i nie wiem, jak ją interpretować. Wszak wcześniej Schwestka wielokrotnie pisał o rozkazach, które otrzymywał Waloszek, i o jego szerokich kontaktach (materiał wybuchowy zdobyty przez ich grupę był wykorzystany do akcji w Mysłowicach, trucizna - w Krakowie), nadto do organizacji przystępował Schwestka po spotkaniu, w którym prócz Waloszka uczestniczył nieznany Schwestce młody człowiek. Nie ma więc wątpliwości, że grupa Waloszka stanowiła od początku część większej całości. Co więcej, z relacji Gerarda Kolocha wynika wprost, że organizacja „Orzeł Biały”, której częścią była grupa Waloszka (zresztą nazwa ta pojawia się też w relacji Schwestki) weszła w skład ZWZ o wiele wcześniej. Nic też nie wskazuje na to, aby utraciła ona kontakt w następstwie takiej czy innej fali aresztowań, co wprost wynika z relacji Kolocha. Być może więc chodzi o to, że dopiero wtedy Schwestka dowiedział się, że organizacja, do której należy, nie nazywa się już „Orzeł Biały”, jako że została ona wchłonięta przez Związek Walki Zbrojnej. Ale wróćmy do relacji Józefa Schwestki:

„Zbliżała się wiosna 1941 r. W czasie zaplanowanego spotkania z Waloszkiem dowiedziałem się, że nasza grupa powiększyła się o dwóch nowych ludzi. Byli nimi bracia Jan i Stanisław Bartodziejowie, zamieszkali przy ulicy Stabika w Siemianowicach. Byłem zdziwiony, gdyż ich ojciec był treuhänderem obuwniczego sklepu. Wyraziłem wtedy przypuszczenie, że jeśli mianowano go „powiernikiem”, to musiał współpracować z niemieckimi urzędami. Nie miałem zaufania i starałem się przekonać Waloszka o ryzyku wprowadzenia obu braci do naszej konspiracji, na co spotkałem się z repliką, że rodzina ta znana jest z polskich przekonań, a współpraca z Niemcami to celowa gra. Trudno mi go było przekonać, lecz usilnie prosiłem o zastosowanie środków ostrożności i niewtajemniczanie Bartodziejów w ścisłe sprawy konspiracji.”

Ale niebezpieczeństwo przyszło z zupełnie innej strony. Schwestka pisze dalej:

„W pierwszych dnia kwietnia otrzymałem zawiadomienie, że w określonym dniu i godzinie mam się stawić na spotkanie z Waloszkiem. Umawialiśmy się w coraz to innym miejscu i zawsze w ukryciu. Zdziwiło mnie, że to spotkanie wyznaczono na hałdach między Siemianowicami a Wełnowcem. Kiedy stawiłem się na miejscu, zauważyłem, że Waloszek nie był sam. Nic jednak nie mówiąc przyjąłem nowe zadanie do wykonania, a mianowicie wyjazd do Lublińca w celu zorganizowania konspiracyjnej grupy. Wybór padł na mnie, gdyż wiedziano, że uczęszczałem tam do gimnazjum A. Mickiewicza i należałem do drużyny harcerskiej. Zadanie do nie powinno sprawić mi żadnych trudności. Należało tylko odszukać wypróbowanych druhów z dawnej drużyny, którzy podjęliby hasło aktywnej walki z okupantem. Aby ułatwić mi nawiązanie nowych kontaktów, poczyniono już zresztą wstępne działania, a mianowicie w parku za koszarami wojskowymi, w znanej mi alejce, przy trzeciej ławce ogrodowej z lewej strony, miał na mnie czekać ktoś, kto również należał do organizacji i znał środowisko młodzieżowe Lublińca. Do moich obowiązków należało zapoznanie ze strukturą organizacyjną oczekującego mnie człowieka, przekazanie kilku legitymacji i ustalenie formy łączności. Termin spotkania wyznaczono na drugą niedzielę kwietnia. Wraz ze mną miał pojechać jeszcze ktoś z naszej grupy, którego mogłem sobie wyznaczyć. Razem więc z niezawodnym i oddanym sprawie Józkiem Urbańczykiem, jako obstawą, wyjechaliśmy do Lublińca.

Podróż odbyła się bez żadnych przygód i zgodnie z planem doszło do umówionego spotkania. Znakiem rozpoznawczym były dwie czerwone główki szpilek krawieckich wetkniętych w lewy róg marynarki. Prezentacja odbyła się krótko i z miejsca przystąpiliśmy do omówienia interesujących nas spraw. Rozmowę prowadziłem sam, natomiast Józef Urbańczyk z pewnej odległości penetrował teren. Mając zapewnienie, że spotkanie będzie ze „swoim” człowiekiem, starałem się w miarę szczegółowo i dokładnie zapoznać organizatora nowej grupy z zasadami i formami działalności. Żegnając się podałem mu swój adres na wypadek, gdyby zaszła konieczność uzupełnienia informacji lub udzielenia pomocy.

Wracając do domu nie mogłem się jednak pozbyć uczucia, jakbym miał przed chwilą do czynienia z czymś nieprzyjemnym. Mimo bardzo poprawnej formy wyrażania się i miłego wyglądu mojego rozmówcy pozostał we mnie jakiś niesmak i niezadowolenie. Relację z wykonania zadania złożyłem po powrocie Waloszkowi i nie omieszkałem podzielić się z nim swoimi odczuciami.

Moja rozterka duchowa nie została przez niego potraktowana poważnie, a raczej czynił wysiłek, by mnie uspokoić, polecając absolutnie nikomu nie wspominać o tych wrażeniach i rozmowach. Pragnąłem, aby nie zlecano mi ponownego wyjazdu do Lublińca, a szczególnie obawiałem się przyjazdu do Siemianowic mojego rozmówcy. Intuicyjnie czułem, że coś nie jest w porządku.

W ostatnią niedzielę kwietnia w godzinach rannych zapukano do naszego mieszkania. Otworzyłem i uczułem lekkie ukłucie w okolicy serca. Przede mną stał ten z Lublińca. Bardzo grzecznie i z dużą elokwencją wyjawił powód swego przybycia. Chodziło mu o zapoznanie się na miejscu z naszą działalnością, pytał, czy mamy broń lub materiały wybuchowe, jaka jest technika propagandowej formy walki z Niemcami. Interesowała go stosowana łączność między nami, umowne znaki, kolportaż gazetek itp. Na moje pytanie, z czyjego polecenia przybywa lub czy kontaktował się z kimś przed przyjściem do mnie otrzymałem odpowiedź, że dobrze zna braci Bartodziejów, lecz koniecznie chciałby się spotkać i rozmówić z naszym przywódcą. Nie mając polecenie kontaktowania kogokolwiek z Waloszkiem, stanowczo odmówiłem spełnienia tego życzenia. Rozmowę prowadziłem bardzo ostrożnie, lecz na wiele zadanych mi pytań udzieliłem wyczerpującej odpowiedzi. Zastanawiałem się, czy moja antypatia do tego osobnika ma jakieś uzasadnienie.

Wieczorem spotkałem się z Waloszkiem i zrelacjonowałem przebieg spotkania z emisariuszem z Lublińca. Zdziwiło go, że nie został powiadomiony o jego przyjeździe, lecz zarazem wyczułem, że z udzielonych mu informacji jest zadowolony. Prosił jedynie, żebym utrzymywał w tajemnicy nawiązany kontakt i wyzbył się niczym nie uzasadnionego uprzedzenia. Zasugerowałem Waloszkowi, czy nie byłoby słuszne zasięgnąć na miejscu w Lublińcu informacji o naszym kontakcie i sprawdzić personalia ich wysłannika. Otrzymałem odpowiedź, że został już sprawdzony i abym więcej się nad tym nie rozwodził.”

Czy owym człowiekiem z Lublińca nie był czasem Józef Bartocha, komendant ZWZ w Lublińcu, który okazał się konfidentem gestapo i który „wystawił” wszystkich swoich podkomendnych w liczbie 46, przekazując gestapo ich wykaz i doprowadzając do ich aresztowania w grudniu 1940 roku? A może gestapo miało w Lublińcu jeszcze jednego agenta, któremu udało się przeniknąć do struktur AK? Ja bym jednak stawiał na Bartochę...

Ale wróćmy jeszcze na moment do relacji Józefa Schwestki, który opowiadając o swoim pobycie w więzieniu w Katowicach stwierdza:

„Dużym zaskoczeniem i zarazem szokiem było dla mnie spotkanie oko w oko z osobnikiem, z którym prowadziłem rozmowy w Lublińcu. Chodził w cywilnym ubraniu po naszym oddziale więziennym. Kiedy się mijaliśmy podczas wyprowadzania nas na spacer, zauważyłem na jego twarzy pełen zadowolenia, cyniczny uśmiech.”

Józef Schwestka tak wspomina wydarzenia owego feralnego dnia, w którym to ujęło go Gestapo:

„8 czerwca otrzymałem polecenie mojego pracodawcy, abym udał się do Katowic i odebrał z hurtowni zamówione towary. Dzień był bardzo słoneczny i sprawiło mi radość urwanie się zza sklepowego kontuaru. Po załatwieniu zleconego mi zadania wróciłem w porze obiadowej z powrotem i zadowolony z siebie oczekiwałem zakończenia dnia pracy. O godzinie 17.40 udałem się do placówki pocztowej w Bytkowie, aby jak co dzień dokonać wpłaty dziennego utargu. Kiedy znajdowałem się już w pobliżu okienka przyjmującego wpłaty, zauważyłem, że pod budynek urzędu pocztowego podjechał samochód, z którego wyszło dwóch mężczyzn, kierując się do środka. W chwilę później otworzyły się drzwi i zobaczyłem ubranych w prochowce oraz charakterystyczne tyrolskie kapelusiki przyjezdnych. Jeden z nich ustawił się za mną, drugi został przy drzwiach. Od razu zdałem sobie sprawę, że ich wizyta może dotyczyć tylko mnie. Serce biło mi jak młotem i nie widziałem żadnych możliwości „pryśnięcia”. Czekałem na dalszy bieg wydarzeń. Po otrzymaniu potwierdzenia dokonania wpłaty zostałem zatrzymany przez osobnika stojącego za mną i wepchnięty do stojącego przed budynkiem samochodu. Następnie wsiadł ten drugi, który asekurował drzwi wejściowe budynku. Podróż nie trwała długo, gdyż wbrew moim przypuszczeniom nie zostałem odstawiony do Katowic, lecz na posterunek Schupo w Michałkowicach.”

Józef Schwestka jako datę swojego aresztowania podaje dzień 8 czerwca 1941 roku. Wydaje się, że jest to pomyłka. Musiało się to stać dzień później – 9 czerwca. Tak wydarzenie to datuje Józef Sołtysik, który to został aresztowany dzień po Schwestce, i to jemu należy przyznać rację. 8 czerwca 1941 roku to była niedziela, a z relacji Schwestki wynika, iż jego aresztowanie nastąpiło w dzień powszedni. Stąd należy przyjąć, iż to Sołtysik ma rację.

Pobyt Schwestki na posterunku Schupo w Michałkowicach trwał kilka godzin. Później przewieziony został do Katowic, do siedziby Gestapo, gdzie z miejsca poddany został „zmiękczaniu”. W swej relacji pisze on:

„W gmachu gestapo w Katowicach zostałem przekazany dyżurnemu oficerowi, któremu na pytanie, dlaczego zostałem im przekazany, dałem odpowiedź, że nie wiem. Wyzwoliło to w nim paroksyzm śmiechu, który przerodził się następnie w bicie i kopanie. Do tej „zabawy” przyłączyli się jeszcze dwaj funkcjonariusze, aby mnie „zmiękczyć”. Wydający polecenie aresztowania Sturmbahnführer Winkler był nieobecny, lecz zdołał wydać odpowiednie zalecenia. Półprzytomnego, okropnie pobitego, wrzucono mnie do celi. Całą noc strasznie się męczyłem. Szczególny niepokój ogarniał mnie na myśl, co się stanie z matką. Jakże naiwny byłem sądząc, że nie może mnie już spotkać nic gorszego od nocnego „zmiękczania”.

Na drugi dzień po godzinie 9.00 drzwi celi otworzył potężny drab w czarnym mundurze, ryknął, że mam się zbierać, zmuszając mnie potężnym kopniakiem do opuszczenia celi. Zaprowadzono mnie na drugie piętro i wepchnięto do pokoju, w którym za biurkiem siedział oficer gestapo. Drugi stał przy oknie.

Przez pierwsze sekundy w ogóle się do mnie nie odzywał, patrzył mi tylko prosto w oczy. Potem w bardzo grzecznej formie poprosił, abym usiadł na krześle, i przystąpił do sprawdzenia personaliów. Kiedy zaczął z kolei stawiać pytania na temat działalności organizacji, nazwisk uczestników, kontaktów, przeprowadzonych akcji – zastanowiła mnie znajomość całokształtu naszej działalności. Gruby plik dokumentów leżących na biurku zawierał bardzo szczegółowe dane o nas wszystkich. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że zostaliśmy zadenuncjowani i że ktoś z naszego grona musiał się dopuścić zdrady.

Gdy na zadawane mi pytania odpowiadałem: nie wiem, nie pamiętam lub zaprzeczałem przedstawianym faktom, stojący dotąd spokojnie przy oknie gestapowiec począł bykowcem (ołowianka obciągnięta materiałem) z całej siły bić mnie gdzie popadło.

Zmęczeni pierwszym przesłuchaniem i zadowoleni z siebie moi oprawcy poszli następnie na obiad, każąc dyżurnemu odprowadzić mnie do celi. Skatowany w sposób okrutny, otępiały i całkiem zrezygnowany co do moich losów, trwałem w mocnym postanowieniu, że nie dam się złamać. Sądziłem zresztą, że dziś dadzą mi już spokój, zdając sobie sprawę, jak bardzo jestem pobity.

Płonne były moje nadzieje. Po godzinie 15.00 ponownie zaprowadzono mnie do mojego kata, który z miejsca krzykiem zaczął zadawać kolejne pytania. Do wściekłości doprowadzało go negowanie przeze mnie stawianych mi zarzutów. Na sygnał ukrytego dzwonka do pokoju, w którym byłem przesłuchiwany, weszło dwóch umundurowanych drabów. Usłyszałem rzucone im słowo „huśtawka”, co było poleceniem, aby zastosować bardzo wymyślną torturę polegającą na tym, że pod kolana i zgięte ręce – założone na szyję – wkładano drążek i zawieszano między dwoma krzesłami, głową w dół. Wisząc w ten sposób słyszałem zadawane mi pytania, z których wynikało, że gestapowcy mają bardzo dobre rozeznanie w naszych sprawach, znają miejsca i zdarzenia, jak również nazwiska osób zarówno z mojej grupy, jak i tych, które czasami pomagały nam lub pochwalały naszą działalność. Każda niezadowalająca przesłuchującego odpowiedź powodowała lawinę ciosów i kopniaków zadawanych mi przez asystujących w przesłuchaniu oprawców. Kiedy traciłem przytomność, polewano mnie wodą i dalej kontynuowano przesłuchanie, które zakończono około godziny 22.00. Byłem niezdolny stać na własnych nogach, nic nie widziałem na oczy, które były zapuchnięte i zalane krwią. Zawleczono mnie jak worek do piwnicy.”

Około północy Schwestka został obudzony. Wyprowadzono go, zakutego w kajdanki, na zewnątrz budynku i wepchnięto do jednego z czterech stojących tam samochodów. Schwestka wspomina:

„Świeże powietrze podziałało na mnie jak uderzenie obuchem siekiery i o mało nie zwaliłem się na ziemię. W samochodzie znalazłem się między dwoma cywilami i samochody pomknęły w kierunku Siemianowic. Byłem przekonany, że wiozą mnie do domu, aby przeprowadzić rewizję (znacznie później dowiedziałem się, że tej samej nocy, kiedy aresztowano mnie, zdemolowano nasze mieszkanie, a matkę dotkliwie pobito). Bezbłędnie zatrzymywali się pod domami członków naszej grupy. Jako pierwszych zabrano Hermana Wróbla i Józefa Sołtysika. Jeden z samochodów odjechał w stronę dzielnicy miasta, gdzie mieszkał Waloszek. Zdziwiło mnie, że nie wracamy do Katowic tą samą drogą, bo zmieniono kierunek do Michałkowic. Przed jednym z budynków samochody zatrzymały się i z wozu wywleczono Sołtysika. Po około godzinie zauważyłem, że do samochodu, w którym wieziono moich kolegów, wnoszono paczki. Było ciemno i nie mogłem zaobserwować, jaka była ich zawartość. Po krótkiej chwili wyprowadzono Sołtysika, którego gestapowcy okładali po drodze razami. Po powrocie do gestapo rozdzielono nas, każdego do innej celi, lecz nie pozostawiono w spokoju. Resztę nocy prowadzono intensywne oraz bardzo bolesne przesłuchania i konfrontacje. Po południu zostali doprowadzeni Józef Urbańczyk i obydwaj bracia Bartodziejowie.”

Przejdźmy tymczasem do relacji Józefa Sołtysika, który – podobnie jak Józef Schwestka – szczęśliwie przeżył wojnę. Sołtysik był najmłodszy spośród wszystkich aresztowanych w czerwcu 1941 roku. Miał niespełna szesnaście lat. Tak jak i pozostali aresztowani, był harcerzem. W rozmowie z Tadeuszem Kurem, autorem książki Ćwiki z warowni „Śląsk”, Sołtysik opowiadał swe ówczesne przeżycia:

„Było to w nocy z 10 na 11 czerwca 1941 roku. Nocowałem w domu przy ul. Katowickiej (dziś Starokatowicka) w Siemianowicach. Obudził nas łomot do drzwi. Otworzyła je matka. Do mieszkania wpadło trzech gestapowców w mundurach. Jeden był wyższy rangą, bo miał plecione naramienniki. Mnie kazali się ubierać, a sami przetrząsnęli dokładnie całe mieszkanie. Już wtedy pytali czy znam Waloszka i Schwestkę, a także Wróbla. Przed domem stały cztery czarne „Mercedesy”. W pierwszym z nich siedział Wróbel. Spytano mnie czy go znam. Odpowiedziałem, że tylko z widzenia, osobiście zaś nie. W drugim samochodzie siedział Schwestka. Mnie wepchnięto do trzeciego. W czwartym jechali konwojenci.

Z Siemianowic cała kolumna udała się do Bytkowa, do mieszkania Kolocha. Tam wysadzono Wróbla i mnie, pytając: „Czy wiecie, kto tu mieszka”? Odpowiedziałem, że nie wiem. I wtedy uderzono mnie w twarz po raz pierwszy. Mieszkanie otworzyła matka Kolocha, wołając do mnie: „Gdzie jest Gerard?” Powiedziałem jej, że nie wiem. Rzeczywiście nie wiedziałem, iż uciekł on kilka dni wcześniej wraz z Waloszkiem do Generalnej Guberni.”

Tak jak i inni zatrzymani, Sołtysik poddany został w gmachu gestapo okrutnemu śledztwu. Tak po latach o tym opowiadał:

„Następnie przewieziono nas do siedziby gestapo przy ul. Powstańców w Katowicach. Tam bito już okropnie. Przesłuchiwano każdego oddzielnie, a w ciągu dnia dowieziono Urbańczyka i obu Bartodziejów. Mnie przesłuchiwał asesor kryminalny Winkel, ale przebiegiem śledztwa interesowało się samo kierownictwo gestapo, z którego jeden z wyższych rangą SS-manów uczestniczył w przesłuchiwaniach. Wałkowano nas przez cztery dni. We mnie usiłowano wmówić przyznanie, że mój ojciec wynosił materiały wybuchowe z kopalni Nie wiedziałem wówczas, że gestapo aresztowało już także ojca. Nie przyznawałem się i dlatego bito mnie tak okrutnie. Ulubioną torturą Winkla było wciskanie mi na szyję przez głowę wieszaka od ubrania i nagłe zrywanie go. Miałem od tego straszne bóle głowy i puchł mi kark. Nic jednak ze mnie nie wydusił. Zresztą naprawdę to nie mój ojciec wynosił ten lignozyt z kopalni.”

Józef Sołtysik, wraz z Hermanem Wróblem, Józefem Schwestką, Janem Bartodziejem, Stanisławem Bartodziejem i Józefem Urbańczykiem, został przewieziony do Berlina, gdzie odbył się proces. Herman Wróbel skazany został na karę śmierci i ścięty na gilotynie w Berlinie 5 czerwca 1942 roku. Pozostali oskarżeni otrzymali kary więzienia i do końca wojny przebywali w więzieniach i obozach koncentracyjnych.

Jedynie Józef Urbańczyk został zwolniony przed odsiedzeniem wyroku. Został następnie wcielony do niemieckiego wojska, a po dostaniu się do alianckiej niewoli zaciągnął się do Polskiej Marynarki Wojennej. Służył na krążowniku ORP „Conrad”. Po wojnie wrócił do Siemianowic Śląskich.

Nie zdołali gestapowcy ująć w trakcie przeprowadzonej w czerwcu 1941 roku operacji Emanuela Waloszka, któremu podlegali wszyscy zatrzymani.

Wraz z Gerardem Kolochem zdołał on w porę ujść do Generalni Guberni. Wspominał o tym po latach Koloch:

„Po wielkich aresztowaniach grudniowych wstrzymaliśmy wprawdzie, na rozkaz Skrzeka (Pukowiec był wtedy również aresztowany), działalność, ale w miarę upływu czasu wydawało się, że naszej grupie w Siemianowicach nic nie zagraża.

Zdziwiłem się zatem, gdy w ostatnich dniach maja 1941 roku przyszedł do mnie Waloszek, zachodząc zresztą dwukrotnie, bo mnie za pierwszym razem w domu nie zastał, i oświadczył mi, iż „chodzi za nim jakiś facet”. Wyszliśmy na drogę i rzeczywiście okazało się, że ten człowiek cały czas szedł za nami. Powiedziałem wtedy Waloszkowi: „Mamy ogon”, na co on odparł: „Ja to czuję cały czas”. Umówiliśmy się, że po drodze rozdzielimy się i zorientujemy się w ten sposób, za kim pójdzie. Ustaliliśmy zarazem, że w drugi dzień Zielonych Świątek spotkamy się na „Alfredzie”, przygotowani do ucieczki. Facet poszedł za Waloszkiem.

1 czerwca było jednak dla mnie jasne, że i ja jestem przez cały czas inwigilowany. Spodziewałem się rewizji, a że miałem w domu masę polskich książek, w tym zdeponowaną u mnie bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych, postarałem się przede wszystkim - przy pomocy Krasonia z Bytkowa - większość tych książek usunąć w bezpieczne miejsce. Niemniej jednak około 50 książek, które gestapo już na początku okupacji nakazało oddać na przemiał, jeszcze pozostało.

2 czerwca rano postanowiłem udać się na umówione spotkanie z Waloszkiem. Przedtem musiałem przekazać komuś kolportaż konspiracyjnej prasy. Gansiniec był nieosiągalny, bo go już wcielono do Wehrmachtu, a więc przez moją siostrę dałem znać Gabrysiowi, że uciekam i polecam przekazanie kolportażu Musiołowi z Bytkowa.

Z Waloszkiem spotkałem się na przystanku tramwajowym, przy pętli, z której odjeżdżają wozy z Siemianowic do Katowic. Byliśmy śledzeni obaj. Jednakże w Wełnowcu jeden z gestapowców wysiadł. Drugi ciągle szedł za nami. Na dworcu w Katowicach kupiliśmy dwa bilety do „Idaweiche”, czyli Ligoty. Agent zrobił to samo. Korzystając z tłoku wybiegliśmy do tylnego wyjścia z dworca i podążyliśmy pośpiesznie na przystanek autobusowy, który mieścił się wówczas w miejscu, gdzie dziś stoi hotel „Silesia”. Zdążyliśmy na autobus, który prawie już ruszał. Tym autobusem chcieliśmy pojechać na uzgodniony punkt kontaktowy do księdza Szeląga w Pierścu koło Skoczowa. Księdza znaliśmy, ponieważ był kiedyś proboszczem parafii w Siemianowicach.

Jak się jednak okazało, autobus jechał do Tych, bo w pośpiechu wsiedliśmy do pierwszego lepszego, który ruszał z przystanku. Przeczekaliśmy więc cały dzień w lesie Paprocany koło Tych, a wieczorem udaliśmy się do Skoczowa i Pierśca. Farosz przyjął nas dobrze i życzliwie, bo Waloszek był kiedyś u niego ministrantem.

Dalszy etap ucieczki to podróż do Wadowic, następnie do Zatoru, gdzie była granica z Generalną Gubernią. Mieliśmy przewodnika, który przez wykop przygotowywanego kanału Wisła – Odra doprowadził nas do Brzeźnicy, już w Generalnej Guberni. Ale to była zaledwie połowa drogi i szczęścia. Mieliśmy się zgłosić do właściciela majątku Zasole, pana Szczerbowskiego. Przyjął nas jak krewnych. Nocowaliśmy tam dwie noce, potem dziedzic Szczerbowski polecił nam rozdzielić się i ukrywać oddzielnie. [...] Na polecenie Szczerbowskiego, który swoimi kanałami organizacyjnymi musiał to uzgodnić, Waloszek został skierowany do klasztoru w Kalwarii Zebrzydowskiej, a ja do sołtysa Świadka w Zygodowicach (niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej). Tam mieszkałem miesiąc, a miejscowa organizacja ZWZ wyrobiła mi dokumenty na nazwisko „Wincenty Kumorek”.

Tu dodam, że wtedy nie wiedziałem, iż organizacja nosi już nazwę ZWZ. Używałem ciągle nazwy pierwotnej, „Orzeł Biały”. Ale na Śląsku zdawałem sobie sprawę, że Waloszek ma kontakty z Krakowem i jest prawdopodobnie kurierem organizacji.

Był ro zresztą człowiek o niezwykłej odwadze. Wkrótce po naszej ucieczce z Siemianowic Waloszek jeździł co najmniej 15 razy na Śląsk, nie bacząc nawet na to, że 28 czerwca 1941 roku w niemieckich gazetach, m.in. w „Kattowitzer Zeitung”, opublikowano list gończy...”

Nieco dalej Tadeusz Kur pisze:

„Na Boże Narodzenie miał nieoczekiwanych gości, których wejście najpierw nieco go przeraziło. Byli bowiem w niemieckich mundurach i dopiero po chwili wyjaśniło się, że są to Ernest Włoczek i jego kolega z Michałkowic, obydwaj harcerze, którzy postanowili zdezerterować z Wehrmachtu. Wraz z tymi gośćmi przyszedł także Waloszek, który opowiadał Kolochowi, że nadal aktywnie działa w konspiracji.”

W tym momencie Tadeusz Kur oddaje głos Kolochowi:

„Koledzy z Michałkowic przebywali u mnie kilka dni. Wystarałem się dla nich o ubrania cywilne i dokumenty, co umożliwiło im dezercję z niemieckiego wojska. Nie chciałem jednak puszczać ich samych w nieznane, toteż pojechałem wraz z nimi do Krakowa, do rodziny Waltera Gizy, którego żona, Irena, z domu Urbańska, była kiedyś przyboczną drużyny harcerek w Michałkowicach. Gizowie przejęli dezerterów, a ja udałem się od nich do byłego nauczyciela z Bytkowa, Schillera. Nocowałem u niego 2 - 3 dni, wybierając sobie na kolejne miejsce schronienia wieś Topolę Pińczowską, gdzie zamieszkałem u wdowy Katarzyny Wilk, właścicielki gospodarstwa rolnego, mającej trzech synów i córkę - Irenę.

Tam 9 czerwca 1942 roku aresztowali mnie gestapowcy, krzycząc już od furtki „Herr Koloch, Herr Koloch, Hände hoch!” Natychmiast założyli mi na ręce kajdanki i zaczęli strasznie bić.”

Z kolei Emanuel Waloszek wpadł w ręce Niemców w drugiej połowie maja 1942 roku. Trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie zmarł 13 lutego 1943 roku. Dodajmy, że Stanisław Grodecki opuścił Siemianowice Śląskie i zamieszkał w Warszawie. Wrócił po wojnie, przy czym był inwigilowany przez Urząd Bezpieczeństwa, donosił na niego tajny współpracownik UB podpisujący się pseudonimem „Raak”.

Więcej o AK na Górnym Śląsku:

http://slaskipolska.pl/artykuly/587-jak-feniks-z-popiolow

Wojciech Kempa