W sierpniu 1943 roku na czele Kedywu Okręgu Śląskiego AK stanął por. / rtm. Wacław Zdyb ps. „Janusz”, „Zawieja”, któremu - jak się miało okazać - przyszło sprawować tę funkcję przez okrągły rok. Na terenie Okręgu Śląskiego zjawił się on niewiele wcześniej. Zygmunt Walter - Janke tak o tym pisze w książce W Armii Krajowej na Śląsku:

„W tym czasie zameldowało się w Okręgu do dyspozycji dwóch oficerów z Komendy Głównej. Byli to por. 22 p.uł. Wacław Zdyb („Janusz”, „Zawieja”) i ppor. rez. Alfons Wodwud. Obaj szczęśliwie uciekli z niemieckich Oflagów, przedarli się do Warszawy i zgłosili do pracy w Armii Krajowej. Dostali przydział na Śląsk. Por. Zdyb miał dokumenty, które chwilowo go zabezpieczały. Gorzej było z jego kolegą. Należało poczekać, aż przyjedzie nasz fotograf i zrobi mu niezbędne zdjęcia do dokumentów. W Katowicach istniał fotomaton - zakład, który robił zdjęcia natychmiast i po paru minutach wręczał odbitki. Legitymowano tylko wówczas, gdy ktoś zachowywał się podejrzanie. Ppor. Wodwud pojechał do fotomatonu i nie wrócił. Wywiad doniósł, że Niemcy schwytali zbiegłego oficera polskiego. Więcej ppor. Wodwuda nie widziałem i nie ustaliliśmy, co się z nim stało.”

Z kolei por. Zdyb początkowo został adiutantem komendanta Okręgu Śląskiego, po czym ten powierzył mu funkcję szefa Kedywu. Oddajmy ponownie głos Zygmuntowi Walterowi - Janke:

„Por. „Janusz” został początkowo moim adiutantem. Była to jednak funkcja, w której jego talent organizacyjny, zdolność dowodzenia i pozyskiwania sobie ludzi, nie były w pełni wykorzystywane. Poleciłem mu zorganizować w Okręgu Kedyw. [...] „Janusz” pojechał w Beskidy. Zajął się tam wojskowym szkoleniem oddziałów partyzanckich. Było to dla niego wymarzone zajęcie. W Kresowej Brygadzie Kawalerii był znany na wszystkich manewrach jako stały dowódca szpicy. Miał wrodzony zmysł orientacyjny w terenie. W kampanii wrześniowej, gdy Kresowa Brygada Kawalerii zajęła miasto Wartę na zachodnim brzegu Warty, ppor. Zdyb również dowodził szpicą. Zajął z nią murowany folwark leżący kilometr za wzgórzem osłaniającym miasto Wartę od zachodu i z plutonem ułanów i 1 cekaemem walczył z całym niemieckim batalionem. Obserwowałem tę walkę ze szczytu wzgórza. Wezwałem go kiedyś do Sosnowca na odprawę. „Janusz” nie przyjechał. Wiedziałem, że nie wydarzyło się nic, co mogłoby go zatrzymać. Wyznaczyłem mu nowy termin. Przychodzę na punkt kontaktowy - por. „Janusz” jest. Okazało się, że dlatego nie przyjechał, bo nie miał dokumentów.

Na pytanie, czy je teraz ma, „Janusz” rozpiął marynarkę i w milczeniu pokazał zatknięty za paskiem pistolet. Poleciłem wysłać mu uprzednio dokumenty. Zawiodła łączność w Inspektoracie. Zrobiłem piekło. Przyjazd „Janusza” bez papierów to było istne szaleństwo. Na odcinku Bielsko - Katowice gestapo przeprowadzało co najmniej raz dziennie kontrolę dokumentów. „Janusz” miał wtedy ten potrzebny łut szczęścia. I kawaleryjską drażliwość, którą niechcący zraniłem. „Janusz” zmienił pseudonim na „Zawieja” i jeździł od oddziału do oddziału partyzanckiego. Ludzi nie oszczędzał. Wyciskał z nich siódme poty. Zarządzał nocne marsze górskie. Górale tracili orientację, „Zawieja” zawsze wiedział, jak iść. Uczył najprostszych rzeczy: ubezpieczonego marszu, organizacji zasadzek, oderwania od nieprzyjaciela. Przeprowadzał ćwiczenia strzeleckie i przeglądy broni. Dał góralom w kość, a ponieważ w górach z jedzeniem było różnie, górale również dali mu się we znaki. Na okrągło karmili go żętycą.

„Zawieja” był autorem odznaki partyzanckiej Okręgu Śląskiego AK. On to po raz pierwszy na skrzyni amunicyjnej przy orle białym wymalował jako tło zielony świerczek. Nosili potem tę odznakę na czarnej tarczy, na lewym rękawie, wszyscy przebywający w oddziałach partyzanci. Oficerowie - ze srebrną obwódką. Mimo że „Zawieja” wymagał dużo i wprowadzał dryl wojskowy, lubili go wszyscy. Miał rzadki talent pozyskiwania sobie sympatii. Pod koniec lata ppłk. „Maciej” wezwał „Zawieję” do Krakowa i kazał mu czekać, mimo że chłopak nie miał w Krakowie dobrych dokumentów. „Maciej” załatwiał w tym czasie sprawy towarzyskie. „Zawieja” wpadł w głupiej łapance ulicznej. Nie mogliśmy tego „Maciejowi” zapomnieć. Po wielu staraniach udało się jesienią wykupić „Zawieję” z krakowskiego mamra.”

Podkreślić należy, iż na terenie Okręgu Śląskiego, inaczej aniżeli miało to miejsce w innych regionach Polski, partyzantka funkcjonowała niemal nieprzerwanie praktycznie przez cały okres niemieckiej okupacji. Każda bowiem fala aresztowań powodowała, iż rosła liczba tych, którym udało się uniknąć aresztowania, ale którzy w związku z tym zmuszeni byli się ukrywać. Wielu z nich decydowało się żyć w lasach lub miejscach bardziej odludnych, gdzie budowali sobie zmyślnie urządzone kryjówki.

W zasadzie osoby takie tworzyły, zwłaszcza w pierwszych latach niemieckiej okupacji, bardziej grupy przetrwania, aniżeli typowe oddziały partyzanckie, z drugiej jednak strony w ich codzienne funkcjonowanie wpisane były akcje o charakterze aprowizacyjnym, a nierzadko i bojowe. Z czasem grupy te rozrastały się i łączyły w większe oddziały, poczynając sobie przy tym coraz śmielej. W roku 1942 przynajmniej w odniesieniu do regionu beskidzkiego śmiało możemy już mówić o zorganizowanej partyzantce, która to w kolejnym roku rozwinęła się do naprawdę poważnych już rozmiarów.

To właśnie w Beskidach miało w tymże roku swe bazy zgrupowanie partyzanckie „Beskid Zachodni”. W jego skład wchodziły wówczas trzy drużyny: „Romanka”, „Czarni” i „Malinka”. Na zimę 1943/44 zgrupowanie zostało rozformowane, ale latem 1944 roku zostało odtworzone - jako kompania „Garbnik” (trzy plutony, w sumie ok. 140 ludzi). Wokół Brennej operowało zgrupowanie partyzanckie „Wędrowiec” (plutony „Ustroń” i „Brenna”), które to w styczniu 1945 odegrało kluczową rolę w opanowaniu Brennej wraz z jej okolicami, gdzie utworzona została tzw. republika partyzancka. W Beskidzie Śląskim i Śląsko - Morawskim operowało zgrupowanie partyzanckie GL PPS „Jastrząb”, w skład którego wchodziło kilka mniejszych pododdziałów. Wymieńmy tu w szczególności grupę „Czantoria”, która została rozbita przez Niemców w dniu 30 listopada 1943 roku, a następnie odtworzona wiosną 1944 roku. Wokół Koszarzysk (w masywach Kozubowej i Ostrego) operowała grupa „Nad Olzą”. Inne grupy wchodzące w skład zgrupowania „Jastrząb” miały swe bazy na Równicy, na Orłowej, na Soszowie, a także w masywie Stożka. Ale największą była grupa „Barania”, operująca w rejonie Baraniej Góry. Zimą 1944/45 liczyła ona ok. 100 partyzantów. A wracając w Beskid Śląsko - Morawski, warto wspomnieć operujące wokół Rzeki (w masywach Goduli i Ropiczki oraz Jaworzyny) zgrupowanie „Iskra” – „Brylaty”.

Ale oddziały partyzanckie działały nie tylko w masywach górskich. W skład wspomnianego zgrupowania GL PPS „Jastrząb” wchodził niewielki oddział, który w ciągu roku 1944 rozwinął się w pluton, który to operował w okolicach Kończyc. U stóp Beskidu Śląsko - Morawskiego natomiast działał pluton partyzancki AK por. „Strzały”. Kilka oddziałów partyzanckich, liczących z reguły kilkanaście osób, operowało w Lasach Pszczyńskich, a także w lasach w okolicach Rybnika. W okolicach Oświęcimia operował liczny i dobrze uzbrojony oddział partyzancki „Sosienki”, na którego czele stał por. Jan Wawrzyczek ps. „Danuta”.

Ważnym rejonem działalności partyzanckiej były też Lasy Lublinieckie. W tamtej okolicy w roku 1944 operowały: kompania BCh - AK por. „Rochowskiego”, a także plutony AK - por. „Tadeusza” i ppor. „Anioła”. Niewielkie grupy partyzanckie operowały nawet w centrum Okręgu Przemysłowego i Zagłębia Dąbrowskiego. Nie były wolne od działalności oddziałów partyzanckich AK także te tereny, które przed wybuchem wojny należały do Niemiec. To tam operowały oddziały partyzanckie „Krwawnik”, („Wędrowcy”) „Żużel” (rozbity pod koniec 1943 roku) i „Kasztany”.

Największą jednak siłę, gdy chodzi o Okręg Śląski Armii Krajowej, przedstawiał sobą batalion partyzancki „Surowiec”, który to utworzony został w roku 1944 na bazie dwóch niewielkich oddziałów partyzanckich powstałych w powiatach zawierciańskim i olkuskim. Wiosną 1944 roku rozwinęły się one w kompanie. Obydwie kompanie operowały głównie w rejonach przygranicznych należących do Generalnej Guberni. 1. kompanią dowodził ppor. Stanisław Wencel ps. „Twardy” (latem 1944 roku kompania „Twardego” osiągnęła stan ok. 180 ludzi), a 2. kompanią - początkowo dowodził por./kpt. Gerard Woźnica ps. „Hardy”. Z czasem oddział „Hardego” został przekształcony w zgrupowanie, w skład którego wchodziły dwie kompanie - 2 kompania batalionu „Surowiec”, którą dowodził ppor. Józef Mrówka ps. „Mat” oraz kompania szkolna, dowodzona przez pchor. Antoniego Ścibicha ps. „Trzepak” (dowództwo nad całością sprawował por. Gerard Woźnica - „Hardy”). W sumie zgrupowanie „Hardego” w drugiej połowie sierpnia 1944 roku osiągnęło stan ponad 200 ludzi (nie licząc wchodzącego w jego skład rezerwowego plutonu terenowego ppor. Edwarda Nowaka - „Jodły”, w sile 72 ludzi, oraz 34 ludzi w punktach informacyjnych). Latem 1944 roku utworzono jeszcze 3. kompanię batalionu „Surowiec”, którą dowodził ppor. Rutkowski - „Boruta”.

Charakteryzując osobę rtm. Zdyba i opisując rozwój partyzantki w Okręgu Śląskim, Zygmunt Walter - Janke stwierdza:

„Był to wspaniały oficer, typ zagończyka z sienkiewiczowskiej Trylogii, znakomity instruktor partyzancki i dowódca. Zaczęło się energiczne organizowanie oddziałów partyzanckich. Według początkowej koncepcji miały one podlegać bezpośrednio Kedywowi w sztabie Okręgu. Życie zmusiło do korektury schematu, gdyż dowodzenie, zaopatrzenie i droga rozkazodawcza były zbyt utrudnione. Oddziały partyzanckie zostały podporządkowane gospodarzom terenowym - inspektorom lub komendantom Obwodów. Ten system okazał się dobry. Szef Kedywu stał się ich przełożonym technicznym i dowódcą z ramienia komendanta Okręgu.”

Dodajmy, że do owej zmiany, w następstwie której oddziały partyzanckie podporządkowane zostały dowódcom terenowym, miało dojść jesienią 1943 roku. W połowie sierpnia 1944 roku rtm „Zawieja” przebywał przy batalionie partyzanckim „Hardego”; ponownie zajrzyjmy do pracy Zygmunta Waltera - Janke:

„Dnia 16 sierpnia oczekiwano na zrzuty, Niestety, na próżno. Dnia 18 sierpnia rtm. „Zawieja” poprowadził natarcie na Niemców przygotowujących linię umocnień w rejonie Kolbark - Zarzecze. Akcja się udała; zdobyto 35 karabinów i oporządzenie. Od zabłąkanej kuli zginął po akcji rtm. „Zawieja”.”

Szerzej rzecz opisał Zygmunt Walter - Janke w książce Śląsk jako teren partyzancki Armii Krajowej:

„Rotmistrz „Zawieja” przysłał rozkaz, aby batalion przeszedł do wsi Dobrogoszczyce. Po przejściu w nakazany rejon por. „Hardy” zastał tam 1 kompanię por. „Twardego”. Kompania por. „Mata” przejęła zadanie ubezpieczenia całości sił.

Cały OR 23 DP AK wziął udział w akademii zorganizowanej przez władze terenowe. Na akademię przybyły też oddziały partyzanckiej „Sowy” i „Jana”. Po kilkudniowych intensywnych ćwiczeniach, które prowadził rotmistrz „Zawieja”, batalion powrócił w rejon Gór Bydlińskich. [...]

W dniu 16 sierpnia batalion czekał na zrzuty. Był przy tym obecny komendant Okręgu ppłk „Walter”, mjr „Oracz” (szef III Oddziału Sztabu), rtm. „Zawieja”. Niestety, samolot wprawdzie przyleciał, ale nic nie zrzuciwszy poleciał dalej. Zrzut odbył się gdzie indziej - w Miechowskiem, dla Okręgu Krakowskiego.

Broni w batalionie było mało. Niektórzy w ogóle jej nie mieli. „Hardy” postanowił uderzyć na Niemców budujących umocnienia, „Zawieja” przebywał jeszcze w obozie. Zaakceptował ten plan i oświadczył, że weźmie udział w akcji.

W dniu 18 sierpnia czekał w zasadzce wydzielony oddział batalionu por. „Hardego” - czterdziestu doświadczonych partyzantów i trzydziestu sześciu nowych, z kompanii szkolnej. Osłona - tylko wąskie pasmo krzaków. Słychać śpiew zbliżającej się kolumny. Są już blisko. Porucznik „Hardy” liczy trójki. Jest ich czterdzieści sześć. Nagle kolumna zatrzymuje się niecałe sto metrów od krzaków. Odłączają się od niej uzbrojeni w pistolety maszynowe podoficerowie i patrol wartowniczy. Reszta składa broń w kozły.

Partyzanci czekają cierpliwie. Niemcy zabrali się do pracy. Szło o rozproszenie się Niemców w terenie. Strzelanina nastąpiła za wcześnie. Dwóch Niemców poszło w krzaki. Widać musieli. To rozstrzygnęło sytuację. Podporucznik „Trzepak” kazał strzelać, jego podkomendni rozpoczęli akcję. Część Niemców dopadła do broni. Serie pistoletów maszynowych siekły krzakach. Partyzanci odpowiedzieli silnym ogniem broni maszynowej i ręcznej i ruszyli do szturmu. Niemcy w popłochu opuścili okopy i uciekli w kierunku wsi Zarzecze. Stamtąd nadeszła dla nich pomoc. Zatrzymali się i ruszyli razem do przeciwnatarcia.”

Oddajmy z kolei głos kpt. Gerardowi Woźnicy - „Hardemu” (Oddział „Hardego”):

„Pod silnym ogniem rozbieraliśmy kozły z bronią. Nie było to łatwe. Na szczycie wzgórza pozostało wraz ze mną i rotm. „Zawieją” 14 partyzantów. Po chwili dołączył jeszcze kpr. Stefan Piątek ps. „Szary” z dwoma nowymi. Partyzanci ładowali na siebie po dwa - trzy karabiny. Opróżnialiśmy z amunicji pozostawione przez Niemców ładownice.

Nasze położenie stawało się coraz trudniejsze. Dostaliśmy się w krzyżowy ogień nacierających. Do odwrotu pozostało nam niewiele przestrzeni. Wydałem rozkaz wycofania się na południe, ustalając miejsce zbiórki na skraju lasu. Pojedynczo, skokami rozpoczęliśmy odwrót.

Niefortunny skok rotm. „Zawiei” - „Janusza” zaważył na jego życiu. Oddane z bliska strzały raniły go śmiertelnie w głowę, piersi i brzuch. Wraz z kpr. „Edwardem” i kpr. „Kulą” podczołgaliśmy się do ciężko rannego, by przetransportować go w bezpieczne miejsce. Ale każde poruszenie „Zawiei” groziło natychmiastową śmiercią. Rozpięty mundur odsłaniał straszliwą ranę brzucha/ Z wykrzywionych bólem ust wydobywał się ledwie dosłyszalny szept: „Nie ruszajcie mnie... „Hardy” wycofuj się... Zawiadom dowództwo o mojej śmierci...” W chwilę później rotm. Wacław Zdyb ps. „Zawieja” - „Janusz” zakończył życie.”

Więcej o Okręgu Śląskim Armii Krajowej:

http://slaskipolska.pl/artykuly/587-jak-feniks-z-popiolow

Wojciech Kempa