Wędrując po Zaolziu

Niewiele osób zdaje sobie dziś sprawę z faktu, że prawdziwym bastionem Armii Krajowej było Zaolzie, czyli ta część Śląska Cieszyńskiego, która dziś leży w granicach Republiki Czeskiej. I choć gestapo raz za razem zadawało jego strukturom celne ciosy, nie byli Niemcy w stanie złamać ducha oporu miejscowych Polaków.

Pierwsze poteżne uderzenie gestapo miało miejsce w pierwszych miesiącach 1941 roku. Aresztowania objęły wówczas ok. 300 osób. Niemal cały aparat dowodzenia został rozbity, zniszczona została sieć łączności. Trzeba było wszystko budować od początku.

Zadanie odbudowy struktur konspiracyjnych na Śląsku Cieszyńskim powierzono harcerzom z Rydułtów - Janowi Margiciokowi i Leopoldowi Hałaczkowi, a także Teofilowi Wicie, którzy w ciągu dwóch lat nie tylko odbudowali rozbite struktury, ale znacznie je rozbudowali. Zdaniem Teofila Wity, struktury konspiracyjne Armii Krajowej na tym terenie pod koniec 1942 roku liczyły 2,6 tys. ludzi na Zaolziu i ok. 1,4 tys. w polskiej części Śląska Cieszyńskiego.

Ale oto nastąpiło drugie potężne uderzenie. Znów aresztowania objęły setki ludzi i znów trzeba było wszystko odbudowywać. I znów z powodzeniem...

Obwód Jabłonków

Południowa część Zaolzia w strukturze ZWZ / AK tworzyła Obwód Jabłonków. Michał Heller w pracy „Ruch oporu na Śląsku Cieszyńskim” napisał:

„Komendantem Obwodu ZWZ Jabłonków z nominacji Franciszka Kwaśnickiego został Jan Matuszek. Podlegały mu – z dziś wiadomych – placówki: Cieszyn Zachodni (dowódca Gustaw Żwak), Ligotka Kameralna (dowódca Karol Jadwiszczok), Trzyniec (dowódca Alojzy Strokosz z Końskiej), Mosty koło Jabłonkowa (dowódca Alojzy Szotkowski), Bystrzyca (dowódca Jan Bajtek z Nydka). Matuszek polecił Bajtkowi zwerbować 5 – 7 ludzi.”

Niniejsza informacja sporządzona została w oparciu o niemieckie akta policyjne i sądowe. Tak na przykład w uzasadnieniu wyroku w sprawie Kwaśnicki i inni katowicki Oberlandesgericht stwierdził:

„W następnych miesiącach [po podporządkowaniu się SZP – w.k.] Kwaśnicki pod pseudonimem „Brochwicz”, już jako dowódca SZP na Zaolziu, rozbudował istniejącą organizację. W tym celu zatwierdził i zaprzysiągł Matuszka i Kominka jako komendantów obwodów. Gdy Matuszek został aresztowany w czerwcu 1940 r. Musioł zaproponował na jego miejsce inżyniera Guziura (pseudonim „Górski”).”

W tym miejscu należy stwierdzić, że Kwaśnicki w żadnym momencie nie był dowódcą SZP czy ZWZ na Zaolziu, ale był komendantem Związku Odwetu, czyli tego pionu ZWZ, który zajmować się miał walką bieżącą (działalność dywersyjna i sabotażowa), podczas gdy zasadnicza część struktur konspiracyjnych ograniczać się miała do przygotowywania do czynnego wystąpienia zbrojnego (powstania powszechnego). Nadto podlegały mu oddziały dywersyjne i sabotażowe nie tylko z terenu Śląska Cieszyńskiego, ale z całego Okręgu Śląskiego. Natomiast funkcję komendanta Inspektoratu Cieszyn Józef Korol powierzył Pawłowi Musiołowi.

Zygmunt Walter – Janke w swej książce podaje taką samą obsadę dowódców placówek w Obwodzie Jabłonków, ale wyraźnie zaznacza, że komendantem Obwodu Jabłonków mianował Matuszka właśnie Paweł Musioł. Dodajmy jeszcze, że przed wybuchem wojny Jan Matuszek był komendantem Hufca Cieszyn ZHP...

Z kolei przejdźmy do tego, co napisał Juliusz Niekrasz, który opisując rozwój struktur konspiracyjnych na Zaolziu w początkowym okresie okupacji pisze:

„Jeden tylko Jan Matuszek, bliski współpracownik inż. Franciszka Kwaśnickiego, zorganizował placówki w Cieszynie Czeskim (dowódca Gustaw Żwak), w Ligocie Kameralnej (Karol Jadwiszczok), w Trzyńcu (Alojzy Strokosz), w Mostach koło Jabłonkowa (Alojzy Szotkowski) i w Bystrzycy (Jan Bajtek z Nydka). Matuszek został aresztowany 25 czerwca 1940 r. i komendę nad wszystkimi tymi placówkami przejął w lipcu tegoż roku inż. Oswald Guziur, jeden z bliskich współpracowników Musioła.”

Oswald Guziur stał na czele Obwodu ZWZ Jabłonków przez pół roku – od lipca 1940 roku do stycznia 1941 roku. Pozwolę sobie w tym miejscu przedstawić fragmenty artykułu Guziura, w którym wspomina on okoliczności, w jakich opuścił on Zaolzie. Artykuł ten, noszący tytuł „Ucieczka przed śmiercią”, zamieszczony został w „Kalendarzu Śląskim” na rok 1989:

„Był dzień 9 stycznia 1941 roku. Od rana byłem pełen niepokoju. Od kilku dni przebywałem w Trzyńcu u swojej siostry Anny Luzarowej „na Ściskałówce” (obecnie ulica Frydecka 486), w budynku mieszkalnym huty trzynieckiej. Żaby zabić niepokój, poszedłem do piwnicy i przez kilka dopołudniowych godzin rąbałem zawzięcie drewno. Około południa wyszedłem na górę, zjadłem obiad, ubrałem się do wyjścia, aby odwiedzić kolegę – dra Pawła Rusza, i odebrać od niego comiesięczny „haracz” na rzecz rodzin dotkniętych aresztowaniami swych żywicieli. W tej chwili wpadła zdyszana i zalękniona moja piętnastoletnia wówczas siostrzenica Irka Mazurkówna (córka dra Józefa Mazurka z Bystrzycy) i od progu woła: - Wujku, ciebie szukają, a ciocię zabrali! A więc nastąpiło to, przed czym schroniłem się do Trzyńca. W pierwszych bowiem dniach stycznia zostałem ostrzeżony. Do domu moich rodziców w Suchej Górnej nr 366, gdzie mieszkałem po wrześniu 1939 roku, przyszedł nie znany mi młody człowiek, jak twierdził – z Błędnowic, i upewniwszy się, że ma ze mną do czynienia, powiedział, że gestapo mnie poszukuje. Wiadomość taką przekazał mu ktoś z ruchu oporu, któremu jednak w czasie transportu do więzienia udało się zbiec i ukryć właśnie w Błędowicach. Opowiadał, że gestapo bardzo energicznie dopytywało o człowieka nazwiskiem „Górski” (mój pseudonim) i wiedziało o nim, że pod koniec grudnia tenże „Górski” kupował w Cieszynie Zachodnim bilet kolejowy do Ober Suchau, czyli do Suchej Górnej. Informacja ta była prawdziwa, bo istotnie w tym czasie po raz ostatni spotkałem się z inżynierem Franciszkiem Kwaśnickim, szefem organizacji dywersyjno – sabotażowej „Związek Odwetu”. Było to w Sibicy, w mieszkaniu łączniczki tej organizacji Bronki Beneszówny, i potem wracałem koleją do Suchej. [...] Byłem gotów do wyjścia. Czasu, jak to miało się za chwilę okazać, było niewiele. Obecna przy mnie w tej chwili moja matka położyła na moim czole znak, który miał mnie chronić przez lata tułaczki. Jeszcze krótki pożegnalny uścisk i szybkim krokiem opuściłem zabudowania, udając się drogą w kierunku Oldrzychowic. Dochodząc do skraju lasu usłyszałem za sobą warkot samochodu. Nie odwracałem się – miałem pewność, że to właśnie oni. Zobaczyłem ścieżkę skręcającą przez rów przydrożny w prawo w las. Przeskoczyłem ów rów i w tym momencie minął mnie samochód, na którego tylnej tabliczce odczytałem „Pol”, czyli Polizei. Był to właśnie – jak się później potwierdziło – ten samochód, którym gestapo, nie znalazłszy mnie w Suchej, a przed chwilą w Trzyńcu, pognało za mną do Bystrzycy, do mojej siostry Olgi Mazurkowej. Ja też tam zdążałem, ale bez pośpiechu. Odczekałem w lesie oldrzychowickim do zmroku i dopiero pod osłoną ciemności udałem się do Bystrzycy, ale oczywiście nie do siostry, lecz do jednego z sąsiednich domów, w którym u swoich rodziców mieszkał mój serdeczny kolega szkolny Karol Goryl. [...] Od sprowadzonej do tego domu mojej siostry Olgi dowiedziałem się, co zaszło. Rano, około godziny jedenastej, gestapo zajechało pod dom moich rodziców w Suchej Górnej, gdzie zastało mojego ojca Adolfa i najmłodszą siostrę Zytę. Gestapowcy przewrócili dom do góry nogami, ale nie znaleźli niczego oprócz moich zdjęć, które zabrali. Zabrali też adresy mojej najbliższej rodziny, a przede wszystkim – niestety – również moją siostrę. Ponieważ pora była południowa, spracowani gestapowcy, odkładając obowiązki służbowe na później, wstąpili na obiad do restauracji prowadzonej ongiś przez Żyda Steinhauera. Ten obiad zadecydował o moim życiu, bo zdążono mnie ostrzec. Wynika stąd prosty wniosek, że jak się kogoś ściga, nie należy wstępować do gospody na piwo. Tymczasem obiad się szczęśliwie przeciągał... Moja siostrzenica Irka Mazurkówna, która przyjechała do Suchej w odwiedziny do dziadków, podczas rewizji była nieobecna, gdyż chwilowo wyszła do innych krewnych (tak naprawdę to do fryzjera, ale po co wszyscy mają o tym wiedzieć!). Wracając spotkała mojego ojca, który po wizycie gestapo wyszedł jej naprzeciw z moją teczką w ręku i polecił, żeby prędko biegła na przystanek kolejowy i łapała pociąg do Cieszyna, a następnie do Trzyńca, aby mnie ostrzec. W teczce, jak się okazało, oprócz zmian bielizny było kilkanaście pustych, lecz prawidłowo opieczętowanych i podpisanych przez zarząd miejski w Jabłonkowie druków, tzw. „palcówek” (Fingerabdruck) przeznaczonych do zaopatrywania w kręgach konspiracji. W takiej dramatycznej sytuacji ojciec pomyślał o tym! W domu nigdy nie mówiło się o konspiracji, nigdy nie pytano mnie, dokąd wyjeżdżam, było więc dla mnie zagadką, skąd ojciec mógł wiedzieć, że coś takiego mam, zwłaszcza że było to dobrze ukryte. Okazało się, że w domu niczego ukryć nie można. Czego nie znalazło gestapo, znalazł ojciec, za co niech będą mu dzięki, bo papier okazał się przydatny. Wobec aresztowania w Suchej mojej siostry postanowiłem działać. Swego czasu inżynier Kwaśnicki mówił mi, że w Cieszynie jest pewien gestapowiec (nazwiska już nie pamiętam i to chyba dobrze, bo w razie jego ujawnienia – jeżeli jeszcze żyje – mógłby mieć kłopoty w RFN), na którego możemy liczyć w przypadku aresztowania naszego człowieka. Warunkiem było, aby informacja o aresztowaniu doszła do niego natychmiast, dopóki śledztwo nie było zaawansowane. Uradziliśmy więc na spotkaniu z moją siostrą Olgą, że nazajutrz rano uda się do mieszkania Kwaśnickiego w Cieszynie przy ulicy Sienkiewicza 10. Uprzedziłem siostrę, że jeżeli w określonym oknie tego mieszkania będzie stała doniczka lub flakon z kwiatem, to absolutnie nie należy wchodzić. Był to umówiony znak, świadczący o grożącym niebezpieczeństwie. Kwiatem tym miała sterować Zosia Kubiszówna, córka właściciela mieszkania. Po nocy spędzonej u Gorylów, wczesnym rankiem przypiąłem pożyczone narty do własnych butów narciarskich, w których przez zimę normalnie chodziłem, i udałem się do Anny Ruckiej w Nydku, siostry Jana Bajtka, komendanta placówki ZWZ Nydek – Bystrzyca, który w tym czasie był już od kilku miesięcy (od lipca 1940 roku) aresztowany. Pani Ruckiej nie znałem, lecz wystarczyło, że powołałem się na jej brata Janka. Zgodziła się bez wahania pojechać do Cieszyna i Bystrzycy na wywiad. Wróciła tego samego dnia pod wieczór z przerażającymi wieściami. Moja siostra Olga nie wróciła z Cieszyna, bo została aresztowana. W dniu poprzednim, czyli 9 stycznia, gestapo aresztowało Kwaśnickiego, a w jego mieszkaniu urządzono „kocioł”. Wszyscy, którzy wchodzili do tego mieszkania, byli zatrzymywani. A wchodzili – jak to zostało później wyjaśnione – dlatego, że brak było w oknie umówionego kwiatka, sygnalizującego niebezpieczeństwo. A kwiatka nie było, bo obie panie Kubisz były osadzone w pokoju od podwórka, a gestapo siedziało w pokoju od ulicy i kwiatka wystawić nie można było. W tym samym dniu zostały aresztowane obydwie łączniczki: Helena Kynast i Bronka Beneszówna. W mieszkaniu została aresztowana Stefenia Michejdowa, wdowa po byłym burmistrzu, doktorze Władysławie Michejdzie.; także Olga Mazurkowa, Franciszek Czudek z Gródku koło Jabłonkowa – jeden z najbliższych współpracowników Kwaśnickiego – i inni. Powstał dylemat, co robić dalej. Miałem do wyboru: albo opuścić teren, albo zgłosić się do gestapo. Zgłoszenie się nie spowodowałoby, jak wskazywało doświadczenie, zwolnienia sióstr, bo gestapowcy potrafili nieskończenie długo przetrzymywać osoby podejrzane o kontakty z konspiracją. Ponadto nie miałem dość odwagi. Pozostał mi w uszach przeraźliwy krzyk człowieka, zapewne torturowanego w śledztwie, który usłyszałem przechodząc pewnego razu koło siedziby policji w Trzyńcu. Takiego krzyku nie zapomina się do końca życia. Nie miałem też pewności, czy wytrzymałbym śledztwo. A chodziło tu o życie tych wszystkich, z którymi współpracowałem i którzy mi zaufali. Miałem w kieszeni żywiecki adres, wsunięty mi jeszcze w Trzyńcu przez zaprzyjaźnioną z moją rodziną Helenę Wenglarzową, żonę inżyniera huty trzynieckiej. Była ona świadkiem mojego pożegnania z rodziną. To zadecydowało. Po nieprzespanej nocy, pełnej rozterek, wypełniłem pusty blankiet posiadanej „palcówki”, przypiąłem znowu narty i opuściłem dom, który mi dał schronienie. Już jako Johann Kowalla narodowości „schlonsakisch”, aus Jablunkau, udałem się przez Wisłę, Salmopol i Szczyrk do Żywca.”

Nie wiem, kto po opuszczeniu przez Oswalda Guziura terenu Śląska Cieszyńskiego przejął funkcję komendanta Obwodu ZWZ Jabłonków. Mam tu pewne hipotezy, ale nie będę w tym miejscu ich omawiał...

Latem 2012 roku

27 lipca, wczesnym rankiem udaliśmy się pociągiem z Katowic do Goleszowa. Ze stacji PKP w Goleszowie pomaszerowaliśmy czarnym szlakiem przez Tuł na Małą Czantorię. Dochodząc do szczytu Małej Czantorii, zboczyliśmy na moment z czarnego szlaku i biało – czerwonym szlakiem spacerowym poszliśmy pod pomnik upamiętniający sześciu partyzantów Armii Krajowej, którzy polegli w tym miejscu w dniu 30 listopada 1943 roku w walce o znajdujący się tam bunkier partyzancki.

W tym miejscu warto przypomnieć, że oddział partyzancki „Czantoria”, wchodzący w skład zgrupowania „Jastrząb” (dowódca - Karol Schreiber ps. „Jastrząb”), powstał w czerwcu 1942 roku. Jego dowódcą został Klemens Starzyk ps. „Szpak”. Oddział posiadał kilka bunkrów (kryjówek), przy czym największy z nich znajdował się właśnie pod szczytem Małej Czantorii. Józef Mazurek, badacz dziejów okupacji na Śląsku Cieszyńskim, tak o nim napisał w jednej ze swoich notatek:

„Dotąd mieli nasi Partyzanci kilka małych bunkrów prowizorycznych, nie nadających się do przezimowania. Lecz ten nowy „Bunker – Twierdza” był duży, obszerny, 3 m długi, 3 m szeroki i 2 m wysoki, cudownie w brzegu zamaskowany, wewnątrz belkami i deskami wyłożony przez specjalistę – górnika, Partyzanta Śliża Pawła. Urządzenie w środku było luksusowe: Dywane Perskie pokrywały nie tylko ściany, lecz także i podłogę. Nasi chłopcy spali w pierzynach. Piękny piec żelazny ogrzewał w zimie ich świetlicę partyzancką.”

30 listopada 1943 roku Niemcy przeprowadzili obławę, okrążając bunkier pod Małą Czantorią, w którym akurat przebywało dziesięciu partyzantów. Czterem z nich udało się wyrwać z okrążenia, ale sześciu, w tym dowódca grupy - Klemens Starzyk, poległo w nierównej walce. Niemcy aresztowali nadto kilku współpracowników partyzantów z okolicznych miejscowości. Oddział „Czantoria” został wkrótce odbudowany, przy czym na jego czele stanął Jan Madzia ps. „Listek” z Nydku, dotychczasowy zastępca „Szpaka”.

Po powrocie na czarny szlak ruszyliśmy w kierunku Małej Czantorii, a następnie dalej – na Wielką Czantorię. Z przełęczy pomiędzy Małą i Wielką Czantorią rozpościerał się wspaniały widok. Z lewej strony mieliśmy w dole Ustroń, za którym ciągnęło się pasmo Równicy i Orłowej, zaś w oddali widoczne było pasmo Klimczoka i Błatniej. Tak przedstawiał się widok z lewej, z kolei patrząc w prawo mieliśmy w dole Nydek, za którym wznosiły się szczyty Góry Praszywej i Połednej. Dalej rozpościerał się widok na dolinę Olzy i leżące tam miejscowości, a za nią – Beskid Śląsko – Morawski, do którego zamierzaliśmy dotrzeć w sobotę. Wspaniale widać było szczyty Jaworowego, Ostrego i Kozubowej... Piękne widoki towarzyszyły nam odtąd co rusz... Na Wielkiej Czantorii zjedliśmy obiad. Tam też spotkaliśmy czerwony szlak, którym od tej pory maszerowaliśmy. A szliśmy, wzdłuż polsko – czeskiej granicy państwowej, przez Soszów (w tamtejszym schronisku znów zatrzymaliśmy się na chwilę, aby napełnić żołądki) na Stożek. I właśnie w schronisku na Stożku zaplanowaliśmy nocleg.

A skoro wspomniałem o Soszowie, to warto zaznaczyć, że w rejonie tym w roku 1943 operowała niewielka grupa partyzancka „Soszów”, która to - podobnie jak wspomniana wcześniej grupa „Czantoria” - wchodziła w skład zgrupowania „Jastrząb”. 13 września 1943 roku gestapowiec z Nydku zastrzelił dowódcę grupy - Jerzego Pilcha. Wspomniany Józef Mazurek tak o tym napisał:

„Dnia 13.9.43 zastrzelony przez gestapowca z Nydka „pod Stożkiem”, na lewym brzegu kolana Głuchowej. Prześladowany przez gestapowców już na okraju zbawiennego lasa, rzuca jeszcze jeden wzrok oka na dom ojczysty. W tym trafia go kulka gestapowska wprost do czoła i na miejscu pada na swej roli kamienistej, tak często zroszonej potem, a teraz zroszonej własną krwią serdeczną. Ob. Morcinek Paweł, śpiewok w Nydku, zanucił polskie psalmy przy pogrzebie na cmentarzu. Nie wolno było zaprosić księdza na pogrzeb, ani dzwony nie śmiały dzwonić. Lecz słowo i gruda polskie pozostały wierne aż do grobu. Cały Nydek z okolicą znał „Trójkę Partyzancką” z Pilchem Jurkiem na czele, do której należeli także Kawulok Rudolf z Istebnej i Mitręga Jan z Wisły.”

Dotarliśmy na Stożek dość późno i mieliśmy problem, bo kuchnia była już nieczynna, ale ostatecznie dostaliśmy co nieco do zjedzenia... Następnego dnia rano, po zjedzeniu śniadania opuściliśmy terytorium Państwa Polskiego i ruszyliśmy zielonym szlakiem na Filipkę. Jak się okazało, nie ma już na szczycie Filipki schroniska, o które to w dniu 31 października 1944 roku stoczono krwawą walkę, w trakcie której śmierć poniosło czterech polskich partyzantów, w tym dowódca zgrupowania operującego w rejonie Stożka i Filipki – Franciszek Szolony.

Tego dnia, 31 października 1944 roku, Niemcy wykonali skoordynowany atak na trzy bastiony polskiej partyzantki, atakując schroniska na Filipce i pod Stożkiem, a także dworek Skupnia w osadzie Pod Filipką. Atak na Filipkę i Halamówkę poprzedziło pojawienie się grupy zwiadowców udających partyzantów. Józef Mazurek tak o tym pisze:

„Dnia 28 października 1944 r. późnym wieczorem około 23 h zjawia się grupa 10 partyzantów pod drzwiami „Halamówki”, prosząc o kawałek chleba i szklankę ciepłej herbatki. Nie były to pierwsze odwiedziny partyzantów w Halamówce. Jak zawsze, życzliwa dla Partyzantów gaździnka, zaprasza głodnych partyzantów do środka do schroniska i przynosi oprócz gorącej herbatki masło, ser i kiełbasę. Po smacznej uczcie odchodzą nasyceni i dziękują uprzejmie. Za 3 dni zaczyna się wielki koncentryczny atak na gościnną Halamówkę. Żandarmeria, SS-owcy i wojsko obstrzeliwują huraganowym ogniem schronisko. Automaty szczekają i bezlitośnie sypią się wszystkie szyby. Z trudem zdążyli Halamowie ukryć się w piwnicy. Teraz dopiero otwierają się oczy Gaździnce – Halamowej i całej licznej rodzinie. Ci przed 3 dniami to byli pseudo-partyzanci, przebrani gestapowcy a dzisiaj przechodzą z ogniem i kajdanami, aby ich aresztować i męczyć za to, że karmią prawdziwych partyzantów.”

Z kolei przejdźmy do opisu ataku na dworek Skupnia i na Halamówkę:

„Bohaterska grupa partyzancka „Szolonych” przywitała gestapowców szalonym ogniem. Lecz gestapowcy, okrążywszy dworek „Skupnia” gęstym pierścieniem, po kilkugodzinnej ostrej walce zdobywają twierdzę pod Filipką. Cała załoga poległa bohatersko. [...] Ośmieleni łatwą zdobyczą „Halamówki” i „Skupnia”, rzuca się teraz cała zgraja hitlerowska na pojedyńcze chaty góralskie, rozsiane na okolicznych górach i pagórkach. Rajskie życie góralskie zamienia się na gestapowskie piekło: odgrywają się dantejskie sceny. Poważne gaździnki i gazdowie bite i kopane przez diabłów hitlerowskich, zakutych w kajdany prowadzą już na Filipkę, gdzie założyli hitlerowcy obóz koncentracyjny i przygotowują sąd doraźny. Już są zapełnione wszystkie pokoje turystyczne, w piwnicy leżą zwłoki Szolonych i Kajfosza a przy nich gaździnka Anna Świerczkowa z Wojtowej Góry i inni. Aresztowaną rodzinę Halamów przywiązali powrozami do buczków koło schroniska, tak że się biedni mogli dotykać ziemi tylko koniuszkami palców u nóg a w takiej pozycji musieli wisieć 15 godzin, od 4 h rano aż do 19 h wieczora podczas całej rozprawy sądowej.”

Obecnie schronisko znajduje się w odległości 200 metrów od szczytu Filipki. Do tegoż schroniska postanowiliśmy więc się udać (tam dowiedzieliśmy się, że stare schronisko zostało rozebrane w roku 1958). W schronisku pod szczytem Filipki wypiliśmy herbatę, po czym żółtym szlakiem udaliśmy się do Nawsia, a stąd do Jabłonkowa, gdzie w hotelowej restauracji Hotelu „Bullawa” zjedliśmy obiad. Z Jabłonkowa udaliśmy się w kierunku Dolnej Łomnej. W Boconowicach zrobiliśmy zakupy – obsługująca nas sprzedawczyni mówiła do nas po polsku, w gwarze śląskiej. Zresztą większość osób, z którymi przyszło nam rozmawiać, mówiła do nas po polsku. Widać było, że są to Polacy... Przy wiadukcie kolejowym spotkaliśmy żółty szlak, którym udaliśmy się do schroniska pod Skałką. Tam znów napiliśmy się herbaty, po czym ruszyliśmy – tym razem szlakiem czerwonym – w kierunku Wielkiego Połomu. Pod Wielkim Połomem zatrzymaliśmy się na krótko w tamtejszym schronisku, po czym ruszyliśmy dalej (czerwonym szlakiem) w stronę Murzynkowego Wierchu. Trasa przez pewien czas (2,5 km) biegła przez terytorium Słowacji i dopiero tuż przed Murzynkowym Wierchem powróciła na teren Czech. Z Murzynkowego Wierchu udaliśmy się żółtym szlakiem do Górnej Łomnej, a stąd – szlakiem niebieskim na Kamienity. Do schroniska pod Kamienitym dotarliśmy już po godzinie 21.00, a tu – niespodzianka. Poinformowano nas, że nie ma miejsc i że nie mogą nas przyjąć. Przyznam, że byliśmy tym zaskoczeni, jako że w Polsce schronisko ma obowiązek zapewnić nocleg. Całe szczęście, że dziewczyna, z którą przyszło mi negocjować, była Polką i dobrze mówiła po polsku, więc nie miałem problemów z porozumieniem się. Ostatecznie, udało mi się wynegocjować nocleg w jadalni na podłodze... W niedzielę udaliśmy się na Kozubową, na szczycie której znajduje się kaplica. Tam zamierzaliśmy wziąć udział we mszy św. Nie wiedzieliśmy, że tego dnia obchodzone było 75-lecie wybudowania tejże kaplicy, więc byliśmy wielce zdziwieni, gdy zobaczyliśmy ogromny tłum kłębiący się dokoła. Zresztą chyba nawet gdybyśmy wiedzieli, to pewnie takiej masy ludzi byśmy się w tym miejscu nie spodziewali. Ale na mszy św., która odprawiana była w języku czeskim i która akurat w tym momencie dobiegała końca, wielkim tłumów nie było. Czekaliśmy na kolejną mszę, która miała rozpocząć się o 11.00, a tłum wciąż gęstniał... Tuż przed rozpoczęciem mszy św., nagle usłyszałem głos: - Pan Kempa? Bardzo się zdziwiłem, że ktoś mnie tu woła. Spojrzałem i zobaczyłem byłego wiceburmistrza Jabłonkowa, Stanisława Jakusa. Znałem go z różnego rodzaju wizyt delegacji z Jabłonkowa w Siemianowicach i naszych wyjazdów do Jabłonkowa, które jest miastem partnerskim Siemianowic Śląskich i w związku z tym od czasu do czasu tam jeździmy (szczególnie liczne delegacje co roku jeżdżą na organizowane przez Polski Związek Kulturalno – Oświatowy w Republice Czeskiej „Gorolski Święto”). Okazało się, że msza św., na którą czekamy, odprawiana będzie po polsku (wcześniejsza - jak już wspomniałem - odprawiana była po czesku). Frekwencja była kilka razy większa niż na mszy czeskiej - było czymś wręcz chwytającym za serce, kiedy ten ogromny tłum śpiewał polskie pieśni religijne, te same, które zazwyczaj śpiewamy w kraju... Trudno opisać, jak wielkim było to dla nas przeżyciem.

A skoro już mowa o schronisku na Kozubowej, to wypada wspomnieć w kwietniu 1945 roku miał tu miejsce bój, w trakcie którego poległo trzech polskich partyzantów - Bolesław Ryłko, Stanisław Rychter ps. „Kostrzewa” oraz Jan Sikora ps. „Kurzyszek”. Ponownie odwołam się do notatek Józefa Mazurka:

„Dnia 5 kwietnia 1945 r. o ½ 5h rano przychodzi trzech młodych partyzantów – bojowników o godność – ostrożnie do naszego pięknego schroniska na Kozubowej. Są to Ryłko, Rychter i Sikora „Kurzyszek” – czekają tu na Bułgarów, którzy mieli przyjechać autobusem ze Sałajki. Lecz o 10h dopołudnia oblęga znienacka około 50 gestapowców naszą Kozubową, nasze schronisko. Już walą pięściami do tylnych drzwi schroniska – od strony blizkiego lasu świerkowego. Gestapowcy są ciężko uzbrojeni w granaty i automaty i walą strasznie do drzwi – teraz już okutymi obcasami buty hitlerowskiej. Nasza dzielna trójka partyzancka, widząc grożące niebezpieczeństwo śmiertelne, naradza się na prędce, co robić. Czy wyskoczyć i szukać schronienia w lesie? To była pewna zguba, gdyż drugie koło gestapowskie okrąża schronisko z automatami gotowymi do strzału. Albo strzelać? Również i tę drugą myśl odrzucono, gdyż przez takie postępowanie naraziliby nasi chłopcy całą ludność z „Liszczigo” i całej okolicy na aresztowania i rozstrzeliwania. Również i życie 4-ch młodych dziewcząt, pracujących przy gospodarstwie przy schronisku, byłoby poważnie zagrożone. Nie było już więcej czasu medytować nad tem, co mają zrobić, gdyż gestapowcy wyłamali drzwi i nasi chłopcy są już w pułapce. Żywcem zostali zdobyci nasi partyzanci w obliczu zbliżającego się wyzwolenia – po tylu latach cierpienia – z wyżyn światła do odchłani nocy. [...] Już prowadzą zbrodniarze naszych trzech bohaterów skutych kajdanami do gospody w Sałajce, gdzie do gospody w Sałajce, gdzie się znajduje obecnie sztab gestapowców – krwiożerczych. Ostatnia to ich placówka na naszym Śląsku. To w tym strasznym gnieździe gestapowskim zaczynają się straszne męczarnie, katowania przy przesłuchiwaniu naszych chłopców. Na drugi dzień, dnia 6 kwietnia 1945 przyprowadzają gestapowcy naszych chłopców z powrotem do schroniska, aby pokazać bunkry. Nasze 4 dziewczyny przestraszyły się bardzo na widok zmasakrowanych do niepoznania 4-ch męczenników. Nasi chłopcy bunkrów nie pokazali i nikogo nie przezdradzili. Tu się w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa pokazał kryształowy charakter naszych partyzantów: Ryłki, Rychtera i Sikory. Następnie prowadzą zakutych w kajdany pod Kozubową i w lesie od Głowczyna mordują naszych chłopców niemiłosiernie. Cztery dziewczęta są świadkami męczarni i śmierci naszych trzech partyzantów: - Lewińska Helena, ur. 1927 z Nawsia - Kantorówna Anna, ur. 1926 z Nawsia - Ćmielówna Zuzanna, ur. 1923 z Milikowa - Szlauerówna Helena, ur. 1927 z Milikowa Nr 85 Również aresztowane przez gestapo, więzione w Sałajce 4 dni i 4 noce, męczone przesłuchiwaniami i protokołami, o kawałku chleba i wodzie wieczorem – na śniadanie i na obiad nic nie dawali. Potem do Jabłonkowa do ratusza. Gestapowcy je nie bili, lecz strasznie krzyczeli, aż się przyznają! Potem pytają się, czy chcą być rozstrzelane albo obieszone, albo chcą iść z powrotem do schroniska na Kozubową. Zaprowadzili je do schroniska i tak przeżyły dwa straszne dni na Kozubowej – aż do oswobodzenia.”

Po mszy wróciliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Kamienitego, a kiedy dotarliśmy do skrzyżowania z niebieskim szlakiem, skręciliśmy i udaliśmy się nim do Koszarzysk, które w czasie minionej wojny należały do najważniejszych centrów partyzanckich w tym regionie. U zejścia z Kozubowej do Koszarzysk mijaliśmy miejsca, które przemierzali partyzanci zgrupowania dowodzonego przez Pawła Rusza, gdzie mieli oni swoje bunkry...

Silnym ośrodkiem polskiej partyzantki na Zaolziu była gmina Koszarzyska, leżąca w dolinie rzeki Kopytnej, która toczy swój nurt, mając po jednej strony masyw Kozubowej, z drugiej zaś – Kiczerę, Kikulę i Łabajkę. Posiadała ona liczne przysiółki leżące na stokach wymienionych gór, a także na stokach Ostrego – najwyższego szczytu w tej części Beskidu Śląsko – Morawskiego. Na czele tutejszych struktur ZWZ / AK stał Gustaw Żuczek. Od czerwca 1941 w okalających Koszarzyska górach i lasach operowało zgrupowanie partyzanckie „Nad Olzą”, którym dowodził wspomniany Paweł Rusz. Józef Mazurek zanotował:

„Nasza nowa grupa zakłada nowe bunkry na zimę, dobrze zamaskowane w gęstwinach koło strumyków, gdzie woda zawsze i zimową porą nigdy nie zamarza i przy opadu śniegu korzystają z tych wodnych ścieżek, nie zdradzając żadne ślady. Główny bunkier dla Komendanta i jego rodziny wycębrowali umiejętnie w gęstwinie maliniocza na zboczu góry Sagowej za „Bagnami” nad rzeczuszką Kopetną pod szczytem Kozubowej. Drugi sąsiedni bunkier na Przykrej także pod Kozubową mógłby nam opowiadać całą historię o życiu i walce naszych Partyzantów w Beskidzie Jabłonkowskim. Lecz Bunkier – Twierdza w zagrodzie gazdy – górala Jeżowicza na „Łabajce” w Koszarzyskach odgrywa w Ruchu Oporu całego Zaolzia najważniejszą rolę. Nasze orły partyzanckie Jan Fiedor, Jan Probosz, Jan Sikora, Paweł Rusz i inni odkryli już w 1942 roku na Łabajce zacnego człowieka, Józefa Jeżowicza, który [został] pierwszorzędnym łącznikiem a ponadto miał dla partyzantów zawsze otwarte serce, dłoń i drzwi gościnne swej chaty. Zagroda Jeżowicza, rozłożona z licznymi zabudowaniami Starego Sałaszu, tworzy jakby naturalną twierdzę. Zbocza tego Sałaszu opadają na trzech stronach stromo, od strony północnej jest zagroda – Sałasz chroniony bukowym pralasem. Kilkasetletnie olbrzymie buki chronią doskonale zagrodę i tworzą doskonałą skryjówkę dla straży i patroli partyzanckich. Po krótkiej naradzie i zezwoleniu wykopali tu sobie w stodole Jeżowicza nasi chłopcy bunkier o rozmiarach 3 x 3 x 2 m. Rodzina gazdy Jeżowicza pomagała przy tej pracy. Następnie wycembrowano porządnie bunkier, postawiono piętrowe prycze. Pokryty grubymi belkami, warstwami desek, ziemi i kamieni z doskonale zamaskowanym wejściem tworzył bezpieczną kryjówkę.”

Stąd partyzanci dokonywali wypadów, zaś kilka dni przed opisanymi powyżej wydarzeniami, które rozegrały się w schronisku na Kozubowej, zgrupowanie Pawła Rusza stoczyło pod Kozubową potyczkę z własowcami:

„W czasie tych niezmiernie ważnych i pełnych napięcia i oczekiwania wydarzeń wojskowych przeżywa także grupa partyzancka „Nad Olzą” niezmiernie ciężkie chwile. Główny szlak partyzancki tej grupy ciągnął się od Przykrej pod Kozubową, źródeł Kopetnej, Suchego Potoku Sekułowickiego i Kopetnicy do Kiczery, Ostrego, Kikuli i Łabajki. Ośrodkiem życia partyzanckiego jest słynny bunkier na Przykrej pod Kozubową. Był to punkt oporu sztabu partyzanckiego i siedziba całej grupy, w tym okresie służący równocześnie za mieszkanie rodziny partyzanckiej – Pawła Rusza, żony Marii i dziesięcioletniego syna Pawełka, bardzo zdolnego łącznika, ulubieńca wszystkich partyzantów. Dnia 28 marca 1945 r. wywiązuje się w obronie bunkrów walka na śmierć i życie. Walczy cała grupa, stara i młoda gwardia w liczbie 14 dobrze uzbrojonych chłopców w broń automatyczną i granaty. Są to stara gwardia: Paweł Rusz z Bystrzycy, Jan Sikora „Kurzyszek” z Dolnej Łomnej, Jan Proboszcz z Bystrzycy, Jan Fiedor z Dolnej Łomnej, Paweł Sztefek z Bystrzycy, Jan Heczko „Kikulok” z Koszarzysk oraz Józ. Sikora z Bystrzycy. Młoda gwardia: Paweł Mitręga, Adolf Szmek, Ludwik Szmek, Józef Sikora, wszyscy z Koszarzysk oraz dwaj żołnierze radzieccy: Misza Kowalenko i Iwan Chlebnikow. Po stronie wroga jest około 10 gestapowców i własowców z kilku wilczurami. Trzech własowców było nawet na małych koniach. W walce tej partyzanci przepędzają wroga w kierunku na „Osadę” „Liszczi” pod Kozubową, zadając mu prawdopodobnie poważne straty.”

Dochodząc do Koszarzysk, mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na Wielką Kiczerę, pod szczytem której znajdowała się niewielka osada, która to w dniu 24 listopada 1944 roku została spacyfikowana przez Niemców (wszyscy jej mieszkańców zostali aresztowani, przy czym po zakończeniu wojny wszyscy oni wrócili do opuszczonych chat). Z Koszarzysk ruszyliśmy w kierunku Ostrego. Po prawej mieliśmy szczyt Wielkiej Kikuli, gdzie w czasie wojny jedną ze swoich baz miało zgrupowanie Pawła Rusza. Dotąd szliśmy niebieskim szlakiem, z którym rozstaliśmy się przy szałasie pod Ostrym. Dalej maszerowaliśmy szlakiem żółtym, którym dotarliśmy do schroniska pod Ostrym (w czasie wojny mieli tam z kolei swoją bazę Niemcy, schronisko zostało zdobyte przez partyzantów w dniu 26 listopada 1944 r.). Kiedy mieliśmy przed sobą jeszcze pół godziny drogi, złapała nas burza. Szliśmy ten odcinek dosłownie w ścianie wody. Kiedy doszliśmy do schroniska, byliśmy kompletnie mokrzy. W schronisku przebraliśmy się w suche ubrania, po czym zjedliśmy obiad. I jeszcze taka ciekawostka – w schronisku pracowały dwie młode kobiety. Pierwsza, do której się zwróciłem, była Czeszką, ale gdy tylko odezwałem się po polsku, natychmiast „przejęła mnie” ta druga, która okazała się być miejscową Polką. Po chwili też nawiązał z nami rozmowę jeden z gości schroniska – oczywiście miejscowy Polak. Kiedy skończyło padać, udaliśmy się niebieskim szlakiem na Koziniec, a stąd – zielonym szlakiem do Bystrzycy nad Olzą. A dalej – pociągiem do Czeskiego Cieszyna...

Zimą 2013

Tym razem zamierzaliśmy odwiedzić przede wszystkim te tereny, które w okresie II wojny światowej w strukturze ZWZ / AK tworzyły placówkę Ligotka Kameralna, obejmującą dziewięć miejscowości: Trzycież, Śmiłowice, Gnojnik, Niebory, Oldrzychowice, Tyrę, Guty, Rzekę i Ligotkę Kameralną. Józef Mazurek tak o niej pisał:

„Pierwsze ruchy oporu odnotować można tuż po kampanii wrześniowej 1939 r. Młody, rzutki nauczyciel Adolf Chlebek z sąsiedniej wioski Gutów, w kampanii wrześniowej walczył jako lotnik w randze porucznika przeciwko hitlerowcom. Po ucieczce z obozu jenieckiego wraca do wioski rodzinnej, gdzie szuka kontaktu z ludźmi o tych samych zapatrywaniach. Wkrótce zgromadził koło siebie grupę robotników leśnych z Rzeki: Jana Cienciałę, Jana Zientka, Adama Sikorę, Karola Jadwiszczoka, rzeźnika z Ligotki Kameralnej, Pawła Walka i Jerzego Śmiłowskiego z huty trzynieckiej i kilka innych. [...] Grupa ta po dwóch latach została zdekonspirowana. Kierownik grupy Adolf Chlebek i jego zastępca Karol Jadwiszczok zostali straceni w Cieszynie pod Wałką...”

W zbiorach Józefa Mazurka (w tej jego części, która znajduje się w archiwum w Karwinie) znajduje się anonimowa relacja, w której widnieje zapis, iż po aresztowaniu Adolfa Chlebka ruch oporu szybko się tu odradza, przy czym na jego czele staje Karol Żmija...

Nieco inaczej rzecz ujmuje Józef Mazurek, który napisał (nie publikowany) artykuł dotyczący działalności ruchu oporu na szczytach i stokach Goduli, Ropiczki, Ropicy, Gutskego vsreka i Jaworowego, w „okręgu” obejmującym Trzycież, Śmiłowice, Gnojnik, Niebory, Oldrzychowice, Tyrę, Guty, Rzekę i Ligotkę Kameralną. Otóż znajdujemy tam taki oto zapis:

„Z licznego grona bojowników o wolność o kawałek chleba wysuwa się na czołowe miejsce student medycyny Paweł Oszelda z Nieborów, który jest wzorem także i w czasie okupacji hitlerowskiej dla naszych partyzantów – górali – robotników i chłopów. W pierwszym szeregu kroczy „Iskra”, Karol Żmija „Brylaty” i Adam Sikora. Dziewięć pereł górskich i podgórskich, tyleż grup partyzanckich w początkowej fazie okupacji, współzawodniczą w walce z okupantem. Od 1940 r obejmuje kierownictwo nad wszystkimi grupami grupa „Iskra” w Rzece, tworząc tak silną grupę liczącą 30 partyzantów. Do najodważniejszych partyzantów „Iskry” należy zastępca komendanta Karol Żmija „Brylaty”.”

Wygląda więc na to, że komendantem placówki został Paweł Oszelda. Z kolei na czele miejscowych partyzantów stał początkowo „Iskra”, którego to pod koniec 1944 roku zastąpił jego dotychczasowy zastępca - Karol Żmija ps. „Brylaty”.

Ciekawa jest też informacja, że z początku funkcjonowało tu aż dziewięć niewielkich grup czy też raczej patroli partyzanckich i nad nimi to objął dowództwo „Iskra”, tworząc zgrupowanie partyzanckie liczące początkowo 30 ludzi (wspomnijmy przy okazji, że do końca 1944 roku stan ten miał ulec podwojeniu, albo nawet potrojeniu).

Niezwykle korzystnym dla rozwoju partyzantki na tym terenie było pozyskanie do współpracy „Ortsleitra” hitlerowskiego Wilhelma Urzela, o czym Józef Mazurek pisał w taki oto sposób:

„Partyzanci oraz współpracujący z nimi robotnicy leśni od dłuższego czasu obserwowali leśniczego tego rejonu Wilhelma Urzela, który przybył do Rzeki jako przesiedleniec z Wołynia w ramach wielkiej akcji przesiedleńczej w roku 1941. Zamieszkał on w leśniczówce w Rzece wraz z żoną, dwojgiem dzieci i rodzicami. Zauważono, że Wilhelm Urzel rozmawia z robotnikami po polsku i że traktuje ich po ludzku. Trudno było przewidzieć, czy wypływało to z jego usposobienia, czy też z obawy przed partyzantami. Żona Urzela była nauczycielką w Rzece, i ona odnosiła sił do dzieci sumiennie i bez przysłowiowej niemieckiej buty i arogancji. [...] Jaki właściwie jest ortsleiter Urzel? Oto pytanie, które zadawali sobie partyzanci ukryci w bunkrze w zagrodzie Kotasów i Wałachów na Ujmisku pod Ropiczką. Wreszcie Karol Żmija postanawia działać. 1 czerwca 1943 roku o godzinie 9. wieczorem puka w drzwi mieszkania Urzela. Kiedy tamten otworzył drzwi, zobaczył zarośniętego partyzanta w okularach z pistoletem w ręku, którego lufę odczuł na własnej piersi. - Jeżeli chcesz żyć – oświadcza Brylaty – musisz dać nam święty spokój, a ponadto musisz nam pomagać. Oszołomiony Urzel zaprosił nieproszonego gościa do mieszkania. Brylaty usiadł za stołem trzymając rękę na rękojeści pistoletu, w drugiej ręce trzymał filiżankę herbaty, którą poczęstował go leśniczy. Przy herbatce poczęstował go leśniczy. Przy herbacie spokojnie omówili warunki „współżycia”. - Jeśli wygracie wojnę – argumentował Brylaty – to w pewnym momencie przestaniecie się z nami liczyć. Jeśli przegracie, co jest bardziej prawdopodobne, to przyda się wam nasze alibi. Pani Urzelowa poprawną polszczyzną z lwowskim akcentem przytakiwała argumentom Brylatego. Do spotkania między Brylatym a Urzelem doszło kilkakrotnie i to w godzinach wieczornych w leśniczówce. Urzel dotrzymał słowa, udawał, że nie widzi partyzantów, a czasami nawet ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Poprawiła się również sytuacja ludności rzeki, zelżały aresztowania Polaków i wywózki na przymusowe prace do Niemiec. Urzel obronił nawet kilku robotników, których cieszyński Arbeitsamt chciał wysłać do Rzeszy. [...] W pierwszych dniach listopada 1944 r. rozbił się w górnej rzece na stromym zboczu Jaworowego w wysokości około 800 m, w pobliżu łąki „Krajączki” hitlerowski bombowiec, grzebiąc pod szczątkami pięciu lotników. Bombowiec ten był wyposażony w armatki i ciężkie karabiny maszynowe. Mnóstwo fosforyzujących nabojów różnego kalibru leżało rozrzuconych po lesie w promieniu kilkudziesięciu metrów. Na miejscu katastrofy zjawili się najpierw partyzanci z Brylatym na czele. Cośkolwiek później przyszedł także leśniczy Urzel. W koszach i plecakach odnoszono pozbieraną amunicję do partyzanckich bunkrów. W ten sam wieczór parę godzin po katastrofie spadł pierwszy śnieg. Do rana napadało go tyle, że o świcie miejsce katastrofy, pokryte zostało kilkucentymetrową warstwą śniegu. Dopiero później przyjechali żołnierze niemieccy, którzy zabrali zwłoki lotników i kadłub samolotu. [...] Kilka dni po katastrofie lotniczej aresztowano nagle ortsleitra Urzela."

Pociągiem dotarliśmy do Gnojnika, skąd niebieskim szlakiem pomaszerowaliśmy do Ligotki Kameralnej. Zajrzeliśmy tu do kościoła i z radością stwierdziliśmy, że ogłoszenia parafialne napisane są zarówno po czesku, jak i po polsku, przy czym msze i nabożeństwa w języku polskim przeważały nad czeskimi... Tu zaczynają się góry, a konkretnie – podejście na Godulę. Dodam, że wedle legendy, to właśnie gdzieś w okolicach szczytu Goduli słynny śląski zbójnik Ondraszek miał przed trzystu laty ukryć swój skarb. Zresztą przy podejściu na Godulę natrafiliśmy na tablicę, która o tym informowała. Co godne odnotowania – tablica była napisana po czesku i po polsku... Na Goduli nie zatrzymaliśmy się, chcąc dotrzeć na Ropiczkę, gdzie znajduje się zabytkowe drewniane schronisko pamiętające jeszcze czasy przedwojenne. Niestety, schronisko okazało się być zamknięte, więc podążyliśmy do schroniska na Kotarzu. Ale i ono było nieczynne. Przy schronisku przeczekaliśmy noc, po czym – kiedy się rozjaśniło – ruszyliśmy w drogę powrotną na Godulę, gdzie spędziliśmy resztę dnia oraz noc. Następnego dnia pomaszerowaliśmy ponownie na Ropiczkę, skąd skierowaliśmy się na Ropicę. Podkreślić wypada, że w czasie wojny właśnie na podejściach do szczytu Ropiczki, w szczególności w tamtejszych przysiółkach i w pojedynczych zagrodach, miało swe główne bazy zgrupowanie partyzanckie, którym najpierw dowodził „Iskra”, a następnie „Brylaty”. Wymieńmy tu w szczególności domy Wałachów oraz Kotasów w przysiółku Na Ujmisku. Partyzanci często korzystali też z gościny kierowniczki wspomnianego schroniska na Ropiczce. Z Ropicy pomaszerowaliśmy na Jaworowy, I znów dodajmy, że w czasie wojny w masywie Jaworowego operowała grupa partyzancka Adama Sikory, wchodząca w skład zgrupowania, którym dowodził „Iskra”; Adam Sikora został zabity przez Niemców w dniu 15 sierpnia 1944 roku, co Józef Mazurek opisał następująco:

„15.8.1944 spotykają gestapowcy małego chłopca, pasącego krowy na łące, przebrani za robotników leśnych i mówiący po polsku, pytają się pasterza: „gdzie jest Sikora?” Chłopiec, nie orientując się, nie przeczuwając nic złego, odpowiada spokojnie: „Tam sobie śpi pod smrekiem”. Gestapowcy mordują śpiącego Sikorę kilkoma strzałami w głowę w biały dzień."

W schronisku na Jaworowym spędziliśmy kolejną noc. Miło było wieczorem posłuchać miejscowych ratowników górskich rozmawiających ze sobą po polsku (piękną gwarą śląską). Zresztą z większością napotkanych po drodze osób rozmawialiśmy po polsku, a kiedy ktoś nie znał polskiego, szybko okazywało się, że mamy do czynienia z turystą z innego regionu Czech... Kolejnego dnia pomaszerowaliśmy na Kałużny, a następnie do schroniska na Kamienitym, gdzie tym razem jednak nie nocowaliśmy, a jedynie przekąsiliśmy co nieco. Mieliśmy bowiem do zmroku jeszcze trochę czasu, więc ruszyliśmy dalej – na Kozubową. Stamtąd postanowiliśmy się udać do legendarnego Miąszu, gdzie swoją bazę wypadową miał legendarny Karol Pszczółka, dowódca oddziału partyzanckiego ZWZ, aresztowany 30 grudnia 1940 roku. Dzieje tego oddziału partyzanckiego Józef Mazurek opisał następująco:

„Natychmiast – jeszcze w czerwcu 1940 r. organizuje pierwszą grupę partyzancką w naszych Górach Jabłonkowskich w bunkrze w Miąszu – w dzikiej Puszczy Łomniańskiej. Pod pseudonimem „Lipa” gromadzi koło siebie odważnych chłopców, pierwszy Sztab Bojowników o Wolność w tym regionie. Jego zastępcą i najbliższym współpracownikiem jest Jan Sikora „Kurzyszek”. Kierownikiem grupy dywersyjnej jest Jan Klus „Bojko” z Bystrzycy n/Olzą. Kierownikiem grupy aprowizacyjnej był Jan Probosz a jego pomocnikiem Józef Haltof, obaj z Bystrzycy n/Olzą. [...] Pierwsza narada partyzancka odbyła się w Dolnej Łomnej, przy Jastrzębskim Potoku, w dziewiczej Puszczy legendarnego Miąszu. Tu przy tajemniczym szumie kilkusetletnich buków – olbrzymów, omszałych jodeł i smreków zaczyna się Epopeja, opiewająca i wyśpiewująca bohaterskie czyny niezmiernie krwawej walki na życie i śmierć naszych górali, górników i hutników z najeźdźcą i okupantem hitlerowskim. Tu tworzy się pierwszy sztab odważnych bojowników o wolność. Bardzo ostrożnie zaczynają przygotowywać nasi młodzi partyzanci teren, sięgający od Połomów po Przełęcz Jabłonkowską, z ośrodkiem na Miąszu. Po dokładnej inspekcji całego terenu i ewidencji wszystkich posterunków – leśniczówek, żandarmerii i piesków niemieckich następuje nawiązanie kontaktu z góralami, godnymi zaufania, którzy już potem pozostają wiernymi łącznikami i pomagali przy kolportażu ulotek antyhitlerowskich. [...] Jeszcze w czerwcu 1940 r. nawiązuje nasz komendant Pszczółka kontakt z komendantem tajnej komórki komunistycznej w Rychwałdu, towarzyszem Wiktorem Borowcem. [...] Antoni Szczotka, partyzant – górnik, zastępca komendanta Pszczółki, nawiązuje kontakt z grupą karwińskich górników – emerytów, liczących już od 65 – 70 lat, którzy jednak również odważnie walczyli z potworną hydrą faszystowską, jak nasi młodzi partyzanci. To są Michał Biegoń, Wojciech Bobula, Piotr Najder, Józef Piątek i Franciszek Rudkiewicz. Oni przywozili dynamit i ekrazyt aż od Wieliczki z tzw. Generalnej Guberni, i dostarczali na Miąsz dla naszej grupy. Dobrze przygotowana do większych akcji dywersyjnych czeka nasza grupa Pszczółki na ostateczną decyzję od nadrzędnych organów konspiracyjnych. Dnia 29 grudnia 1940 roku udaje się Karol Pszczółka wspólnie z Wiktorem Borowcem do Śląskiej Ostrawy na konferencję przewódców konspiracyjnych. Z Rychwałdu idą piechotą drogami polowymi, miedzami i leśnymi ścieżkami. Lecz już na drugi dzień, dnia 30 grudnia 1940 r. zostali przez gestapo aresztowani. Więzieni od 30 grudnia 1940 r. do 3 maja 1941 r. w podziemnych bunkrach więzienia Ostrawskiego zostali rozstrzelani dnia 3 maja 1941 roku w Morawskiej Ostrawie. [...] Śmierć pierwszego organizatora i kierownika Ruchu Oporu zatrzymała na jakiś czas pracę partyzancką w Beskidzie Jabłonkowskim lecz nie mogła ugasić iskrę wolnościową w sercu naszych górali, kochających nade wszystko swoje góry i upragnioną wolność. [...] Nasuwa się pytanie, jakiż był los reszty partyzantów i łączników grupy Miąsza? Nasza bohaterska Piątka – górników emerytów – dostarczała także innym grupom Ruchu Oporu Zagłębia Karwińskiego materiały wybuchowe. Niestety została później zdradzona, aresztowana przez gestapo i męczona w więzieniach w Cieszynie, w Mysłowicach i Katowicach od 14.5.41 – do 14.7.42. Wszyscy zostali ścięci gilotyną w Katowicach dnia 14.7.1942 roku. Los reszty partyzantów z grupy Karola Pszczółki był następujący: Antoni Szczotka, zastępca komendanta, przechodzi po śmierci Pszczółki do grupy partyzanckiej na górze Baraniej. W 1943/44 walczy w grupie Żywieckiej i poległ w styczniu 1945 roku w walce z gestapowcami w dolinie Soły, w Nieledwie koło Żywca. Jan Sikora „Kurzyszek” przyłącza się w następnym okresie partyzanckim do grupy Pawła Rusza „Nad Olzą” i poległ, krótko przed wyzwoleniem, dnia 6.4.1945 r. od kuli uciekającego już wroga pod schroniskiem na Kozubowej. Jan Klus „Bojko” walczy po tragicznej śmierci Karola w Batalionach Chłopskich – oddział Krakowski – od 1942 – 1943. Dnia 3.12.1943 dostaje się w ręce gestapa, uwięziony w Katowicach i Mysłowicach, wytrzymuje straszne katusze i nadludzkie męczarnie. Następnie widzi na każdym kroku śmierć w obozach koncentracyjnych Gross – Rosen, Dora i Bergen – Belsen. W Bergen – Belsen został oswobodzony przez wojska alianckie. [...] Jan Fiedor, Jan Probosz i Józef Haltof przyłączyli się w następnych okresach Ruchu Oporu do grupy „Nad Olzą”, wysadzali tory kolejowy koło Gródka i Wędryni w powietrze, dostarczali cenne wiadomości dla radzieckiej radiostacji nadawczo – odbiorczej, zainstalowanej w Bunkrze na Łabajce, w zagrodzie Józefa Jeżowicza, Ojca partyzantów. Przeżyli szczęśliwie walkę z okupantem i dożyli się wyzwolenia przez wojska radzieckie. W Dolnej Łomnej, u podnóża legendarnego Miąszu odsłonięto w maju 1958 roku na cześć poległych partyzantów i ofiar hitleryzmu piękny pomnik z 22 nazwiskami, wyrytymi w granicie. Brakuje tam jeszcze nazwiska Partyzanta - Bohatera Karola Pszczółki, który był pierwszy w boju i pierwszy oddał swoje życie młode Ojczyźnie w ofierze. Niechże zostanie tam umieszczony i uwieczniony ostatni. ”

Na Kozubowej spędziliśmy noc, po czym pomaszerowaliśmy do Boconowic, skąd pociągiem udaliśmy się do Cieszyna.

Wojciech Kempa