Przed nami kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. W ostatnich latach upowszechnił się pogląd, jakoby decyzję o podjęciu walki o Warszawę podjęto wbrew woli Naczelnego Wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego - nic bardziej błędnego...

W kwietniu 1943 roku Stalin zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem Rzeczypospolitej Polskiej. Z każdym dniem stawało się też coraz bardziej oczywiste, że postrzega on Polskę jako swój przyszły łup wojenny, że jego celem jest włączenie połowy terytorium Polski bezpośrednio do ZSRR i uczynienie z pozostałej części satelickiego tworu, w którym zainstaluje posłuszny sobie „rząd”. Władze polskie w Londynie znalazły się w bardzo delikatnym położeniu. Z jednej strony Związek Radziecki był „sojusznikiem naszych sojuszników”, z drugiej zaś nie krył on wrogich zamiarów wobec Polski. A tymczasem wojska sowieckie nieuchronnie zbliżały się do granic okupowanej przez Niemcy Rzeczypospolitej, granic uznanych przez ZSRR w traktacie ryskim.

W takich to okolicznościach w Oddziale Operacyjnym Komendy Głównej Armii Krajowej opracowano plan, któremu nadano krypt. „Burza”. Jego istotą było stopniowe uruchamianie akcji powstańczej - w miarę przesuwania się frontu. Oddziały AK miały atakować wycofujące się pod naporem Rosjan jednostki niemieckie, nawiązać współpracę z posuwającymi się w ślad za nimi jednostkami sowieckimi i wystąpić wobec tych ostatnich w charakterze gospodarza terenu. Zamierzano więc zadziałać metodą faktów dokonanych, demonstrując przy tym maksimum dobrej woli w stosunku do Sowietów.

W tym miejscu przypomnę, że akcja „Burza” polegać miała głównie na nękaniu straży tylnych wojsk niemieckich będących w odwrocie (na krótko przed pojawieniem się nacierających formacji sowieckich). W ramach „Burzy” oddziały AK, zgodnie z rozkazem gen. Sosnkowskiego, miały podejmować próby uchwycenia tuż przed nadejściem Armii Czerwonej dużych miast, by witać w nich wkraczających Rosjan w roli gospodarza. Dotyczyło to także Warszawy, o czym za chwilę...

W założeniach akcja „Burza” miała mieć bardziej charakter demonstracji zbrojnej aniżeli akcji powstańczej. Przeprowadzona ona została mimo to z ogromnym rozmachem...

4 stycznia 1944 roku niedaleko m. Sarny na Wołyniu wojska sowieckie przekroczyły przedwojenną granicę polsko - sowiecką. W tej sytuacji Okręg Wołyński AK przystąpił do realizacji „Burzy” - rozpoczęła się półroczna epopeja 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, zakończona jej rozbrojeniem przez Rosjan na Lubelszczyźnie.

Tymczasem doniesienia o katastrofie niemieckiej Grupy Armii „Środek” w kotłach pod Bobrujskiem, Witebskiem i Mińskiem sprawiły, że w pierwszym tygodniu lipca 1944 roku w polskich kręgach rządowych w Londynie, a także w Komendzie Głównej AK pojawiły się tendencje, by powrócić do założeń planu powstania powszechnego. Zdecydowanie sprzeciwił się temu gen. Sosnkowski, który stał na stanowisku, że należy sztywno trzymać się planu „Burza". Dał temu na przykład wyraz w rozmowie z premierem Rządu RP Stanisławem Mikołajczykiem oraz ministrem obrony narodowej Marianem Kukielem w dniu 3 lipca 1944 roku (zwłaszcza min. Kukiel był zwolennikiem „dokonania próby opanowania pewnego obszaru, dokąd w odpowiedniej chwili udałyby się władze zwierzchnie Rzeczypospolitej”, przy czym jego zdaniem „stworzenie takiego obszaru o pełnej władzy polskiej postawiłoby rząd sowiecki przed ciężkim dylematem, przyczyniając się do wyjaśnienia w oczach świata istotnej sytuacji”).

Gen. Sosnkowski był zdecydowanym przeciwnikiem podejmowania, w warunkach jakie zaistniały w roku 1944, powstania powszechnego, którego szczegóły określone zostały w Raporcie Operacyjnym nr 154/III Komendy Głównej AK. Jego podstawowym założeniem było podjęcie równoczesnego ataku na wyznaczone cele w tzw. ogniskach walki na terenie „bazy”, obejmującej teren Generalnego Gubernatorstwa (bez obszaru lwowskiego), powiększony o wschodnią część Okręgu Śląskiego (Inspektoraty Bielsko i Sosnowiec oraz wschodnia część Inspektoratu Tarnowskie Góry), Okręg Łódzki, Ziemię Płocką, a także zachodnią część Okręgu Białystok oraz okolice Brześcia n/Bugiem. W pierwszej fazie zamierzano oczyścić z nieprzyjaciela teren owej „bazy”, zaś w drugiej fazie miano rozszerzyć akcję powstańczą na pozostałe regiony Polski.

Generał Sosnkowski uważał, że podjęcie walki w ramach powstania powszechnego niesie ze sobą zbyt wielkie ryzyko, podczas gdy akcja „Burza”, przy znacznie mniejszym nakładzie sił i środków, a przede wszystkim przy znacząco mniejszym ryzyku, może dać zbliżone efekty polityczne. W notatce ze wspomnianej rozmowy możemy przeczytać:

„Naczelny Wódz ostrzegł przeciwko szerokiemu operowaniu w obecnych warunkach słowem „collapse” Niemiec i przeciwko szukaniu analogii z r. 1918. Stosunki wewnętrzne Niemiec, ich psychika są inne niż wówczas. Poza tym trzeba wziąć pod uwagę, że niebawem na terenach Polski (od granicy Prus Wschodnich do wysokości Brześcia) znajdzie się około 100 dywizji niemieckich - które spłyną z północnego i środkowego odcinka frontu wschodniego. Na południe od Brześcia (Podlasie, Lubelskie, Małopolska) znaleźć się może około 30 dywizji niemieckich z odcinka południowego. Niemcy na pewno będą bronili zaciekle dostępu do swego kraju. W tych warunkach trudno sobie wyobrazić możność opanowania większego obszaru lub poważniejszego centrum na czas dłuższy niż parę dni, potem zaś nieuniknionym skutkiem podobnej próby byłaby powszechna rzeź ludności polskiej. Naczelny Wódz sądzi, że poza ustaloną formułę o wzmożonej akcji dywersyjnej wyjść nie można. Powstanie bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy.”

Gen. Sosnkowski zaprotestował nadto przeciwko propozycji Mariana Kukiela, by akcję „Burza” - ze względów propagandowych - nazywać powstaniem, uważając, iż może to „pociągnąć ludność do źle obliczonego i przedwczesnego zrywu”. Ostatecznie zdanie gen. Sosnkowskiego przeważyło.

7 lipca 1944 roku gen. Sosnkowski wysłał do komendanta głównego AK, gen. Bora - Komorowskiego, depeszę, w której pisał między innymi:

„W tych warunkach wojskowo – politycznych powstanie zbrojne narodu nie byłoby usprawiedliwione, nie mówiąc już o braku fizycznych szans powodzenia. [...] Uwzględniając treść poprzednich punktów wykonujcie Instrukcję 1300/III z dnia 20 listopada 1943 r. przez stopniowe uruchamianie „Burzy”. Tempo akcji regulujcie według własnego uznania, zależnie od sytuacji. Dla celów politycznych Rząd pragnąłby nadać akcji „Burzy” miano „działań powstańczych”. Ja zająłem zdecydowane stanowisko, że nie wolno używać tej nomenklatury, by nie pociągnąć ludności do źle obliczonego zrywu powszechnego i nie wprowadzać w błąd niższych dowódców terenowych. Jeśli przez szczęśliwy zbieg okoliczności w ostatnich chwilach odwrotu niemieckiego, a przed wkroczeniem oddziałów czerwonych, powstaną szanse choćby przejściowego i krótkotrwałego opanowania przez nas Wilna, Lwowa, innego większego centrum lub ograniczonego niewielkiego choćby obszaru - należy to uczynić i wystąpić w roli pełnoprawnego gospodarza.”

Tak więc gen. Sosnkowski nakazał kontynuowanie akcji „Burza”, przy czym wskazał, że należy podjąć próbę „choćby przejściowego i krótkotrwałego” opanowania Wilna, Lwowa i innego większego centrum lub ograniczonego niewielkiego choćby obszaru, tak by wystąpić tam „w roli pełnoprawnego gospodarza”.

Wbrew pojawiającym się w ostatnim czasie sugestiom, gen. Sosnkowski jak najbardziej był zwolennikiem objęcia „Burzą” także Warszawy. Wręcz uważał za rzecz oczywistą, że AK winna taką próbę podjąć. Tak na przykład w rozkazie z 25 lipca 1944 roku, zawierającym instrukcję dla KG AK, gen. Sosnkowski stwierdzał:

„Ten sposób postępowania obowiązuje również w wypadku, gdyby udało się opanować Warszawę przed wkroczeniem wojsk sowieckich.”

Tyle że bój o stolicę Polski miał być podjęty w sytuacji, gdy Rosjanie znajdą się w bezpośredniej jej bliskości - taka bowiem była istota „Burzy”.

Generał Sosnkowski wyraźnie zaznaczył, że jest przeciwny nazywaniu „powstaniem” działań prowadzonych w ramach akcji „Burza”, czyli także akcji zbrojnej w Warszawie, którą dziś zwykliśmy nazywać Powstaniem Warszawskim. Tak więc ilekroć gen. Sosnkowski pisał, że jest przeciwny powstaniu, chodziło mu powstanie powszechne, nie zaś o realizowaną w ramach akcji „Burza” walkę w Warszawie, dla której dopiero później upowszechniła się nazwa Powstanie Warszawskie. Wynika to wprost ze słów Generała. Właśnie z faktu, iż w późniejszym czasie nastąpiły zmiany w dziedzinie nazewnictwa, biorą się dzisiejsze nieporozumienia z tym związane.

Należy podkreślić, że gen Bór - Komorowski podzielał zdanie gen. Sosnkowskiego. Oto w Meldunku nr 243 pisał on:

„Przy obecnym stanie sił niemieckich w Polsce i ich przygotowaniach przeciwpowstańczych, polegających na rozbudowie każdego budynku zajętego przez oddziały, a nawet urzędy, w obronne fortece z bunkrami i drutem kolczastym, powstanie nie ma widoków powodzenia.”

Zgadzał się on również z tym, iż Armia Krajowa nie może pozostać bierna w obliczu wkraczania wojsk sowieckich:

„Bezczynność AK z chwilą wkraczania Sowietów na nasze ziemie nie byłaby równoznaczna z biernością Kraju. Inicjatywę do walki z Niemcami da w tym wypadku PPR i znaczny odłam społeczeństwa może się przyłączyć do tego ruchu. Wtedy faktycznie Kraj poszedłby na współpracę z Sowietami przez nikogo już nie hamowaną. Sowiety nie zastałyby na naszych ziemiach AK posłusznej Rządowi i N.W., lecz swych zwolenników witających ich chlebem i solą. Nie byłoby wtedy przeszkody, aby upozorować wolę Narodu Polskiego stworzenia 17 republiki sowieckiej.”

Gen. Bór - Komorowski podzielał więc opinię gen. Sosnkowskiego, iż słuszne będzie kontynuowanie akcji „Burza”:

„Dając Sowietom minimalną pomoc wojskową, stwarzam im jednak trudność polityczną. AK podkreśla wolę Narodu w dążeniu do niepodległości. Zmusza to Sowiety do łamania naszej woli siłą i stwarza im trudność w rozsadzeniu naszych dążeń od wewnątrz.”

Oddziały AK wzięły udział w walkach o Wilno, Lwów, Lublin i wiele innych miast i miasteczek, zadając przy tym Niemcom spore straty. Jednostki Armii Czerwonej, gdziekolwiek się pojawiały, wszędzie napotykały na swej drodze zgrupowania Armii Krajowej, zorganizowane w bataliony, pułki i dywizje. Wszędzie też scenariusz był taki sam - dopóki trwały walki z Niemcami, jednostki Armii Czerwonej chętnie korzystały z pomocy AK, gdy tylko front się przesunął, atakowali swych dotychczasowych sojuszników, okrążali oddziały AK i zmuszali je do złożenia broni. Obozy i więzienia, które w spadku po Niemcach odziedziczyli Rosjanie, zapełniły się akowcami. Dziesiątki tysięcy żołnierzy Armii Krajowej wywieziono do obozów pracy w głębi ZSRR. Nic nie dały interwencje u naszych anglosaskich sojuszników.

W kręgach najwyższych władz RP w Londynie oraz w dowództwie Armii Krajowej liczono, że Rosjanie nie zdecydują się na zbrojną konfrontację z Polakami w ich stolicy, zwłaszcza że warszawski garnizon AK był szczególnie silny – do walki w Warszawie sposobiło się 50 tysięcy ludzi.

Z podjęciem walki w Warszawie, podobnie jak i we wszystkich innych ośrodkach, wstrzymywano się do ostatniej chwili i dopiero gdy front dotarł do jej wrót, tamtejsze oddziały AK chwyciły za broń. Taka bowiem była, o czym już pisałem, istota „Burzy”.

I rzeczywiście nie doszło do polsko – sowieckiej konfrontacji zbrojnej w Warszawie. Nieoczekiwanie front stanął pod Warszawą - i to na wiele miesięcy. Przeszło dwa miesiące trwały krwawe walki o stolicę Polski. Przez cały ten czas Rosjanie cierpliwie się temu przyglądali, czekając, aż Niemcy rozprawią się z powstańcami.

Co warto zaznaczyć - przez długie lata dominował pogląd, że Armia Krajowa utraciła szansę na odniesienie spektakularnego sukcesu militarnego, a za to przyszło jej toczyć walkę w o wiele trudniejszych warunkach, aniżeli mogło to mieć miejsce. Tak na przykład Jerzy Kirchmayer w taki sposób pisał w swej monumentalnej pracy Powstanie Warszawskie o położeniu w Warszawie w dniach 23 - 24 lipca 1944 roku:

„W mieście był w tych dniach tylko okupacyjny garnizon niemiecki, osłabiony wydzieleniem wartościowych oddziałów policyjnych na front i osłabiony duchowo właśnie wskutek owej paniki. Niemiecka ludność cywilna uciekała z miasta. Ulicami przeciągały tabory, które mogły się stać łatwym łupem powstańców i skutecznym sposobem poprawienia mizernego stanu uzbrojenia. Niemieckie jednostki frontowe były jeszcze dość daleko. Od zachodu nie nadciągnęły jeszcze odwody pancerne. W tych warunkach wybuch powstania mógł istotnie oddać całe miasto w ręce polskie. Ale Komenda Główna AK nie odważyła się wówczas na wyzyskanie tej możliwości.”

Oczywiście, rzecz nie w braku odwagi Komendy Głównej AK, ale w tym, że była ona związana rozkazami, które wyraźnie nakazywały jej podjęcie działań dopiero w chwili, gdy wojska sowieckie będą znajdowały się w bezpośredniej bliskości miasta. Dlatego też siły AK w Warszawie nie mogły podjąć akcji powstańczej w dniach 22 - 24 lipca, kiedy to warunki ku temu były najkorzystniejsze. Tymczasem Kirchmayer nieco dalej stwierdza:

„Potem z każdym dniem było gorzej. Panika niemiecka wygasła, urzędnicy wracali, pojawiły się niemieckie odwody, na ulicach patrolowały czołgi, mosty otrzymały obsadę bojową. Praga napełniła się wojskiem.”

Zresztą zacytuję jeszcze płk. Jana Rzepeckiego, szefa Oddziału VI Komendy Głównej AK:

„W niedzielę, 23 lipca, było na co patrzeć na ulicach Warszawy. Ewakuacja administracji niemieckiej przybrała formy paniczne. Przestała wychodzić prasa, zamknięto pocztę, uciekło gestapo. Tego dnia warszawiacy z radością mogli obserwować odwrót resztek rozbitych wojsk. W tłumach obserwujących tę trzydniową już pielgrzymkę słyszało się ciągłe pytania; ... „na co my jeszcze czekamy?” (znajomi stawiali je w drugiej osobie).”

Z kolei autorzy Polskich Sił Zbrojnych pisali:

„23 lipca mieszkańcy Warszawy zobaczyli po raz pierwszy masy cofającego się wojska niemieckiego. Jakże nędznie wyglądały one w porównaniu z wkraczającymi w 1939 r. zwycięzcami! Arteriami komunikacyjnymi od Pragi wlokły się w kierunku zachodnim i północnym zmęczone, brudne, obdarte, a często bez broni oddziały wojsk niemieckich. Przejeżdżały tabory oblepione maruderami, grupki jeźdźców, pojedyncze działa, samochody i czołgi. Ludność patrzyła na ten od lat wyczekiwany widok i zaciskała pięści.”

Podobnie wyglądało to w rejonie przepraw mostowych i promowych w okolicach Góry Kalwarii, Dęblina, Puław, Solca nad Wisłą, Annopola, Zawichostu, Sandomierza...

Podkreślić wypada, że w sytuacji gdy działania zbrojne w Warszawie prowadzone były w ramach „Burzy”, nie zaś powstania powszechnego, ta skazana była na samotny bój, podczas gdy stosunkowe silne struktury AK z terenów leżących na zachód, na północ i na południe od stolicy naszego kraju zasadniczo nie wzięły udziału w walce, albo wzięły w niej udział w ograniczonym bardzo zakresie. Tymczasem rozmawiamy o siłach dość poważnych. Na terenie pięciu powiatów: Błonie, Grójec, Sochaczew, Skierniewice i Łowicz, tworzących Podokręg Zachodni Obszaru Warszawskiego, liczyły one łącznie ok. 20 tys. żołnierzy (26 Dywizja Piechoty AK, 4 pułk strzelców konnych AK oraz szereg mniejszych oddziałów), a do tego były one znacząco lepiej uzbrojone aniżeli oddziały AK w Warszawie.

Adam Borkiewicz w swej pracy o Powstaniu Warszawskim poczynił zarzut, iż Niemcy, organizując odsiecz dla swojego garnizonu w Warszawie, ściągali siły z odległych rejonów GG, czy też z Kraju Warty, a dotarły one na miejsce bez przeciwdziałania ze strony AK. Pozwolę sobie przytoczyć stosowny fragment z pracy Borkiewicza:

„Owa odsiecz zbierana z trudnością na przestrzeni łuku zaplecza o promieniu 300 km będzie przybywała zespołami od 400 do 2000 żołnierzy z północy, zachodu i południa przez tereny okręgów AK, sąsiadujących z Okręgiem Warszawskim. Przybędzie bez żadnych przeszkód ze strony Polaków.”

Jan Gozdawa - Gołębiowski kwituje to, co się stało, następująco (przy czym chodzi mu tu w szczególności o bierną postawę właśnie Podokręgu Zachodniego Obszaru Warszawskiego):

„A związać wysyłaną partiami przez Himmlera odsiecz, opóźniać jej przybycie do Warszawy, a tym samym zahamować koncentrację korpusu von dem Bacha, względnie zmniejszyć jego siłę uderzeniową o te jednostki, które zmuszone byłyby zwalczać po drodze oddziały AK, leżało w granicach możliwości podokręgu zachodniego. Tym bardziej że część sił von dem Bacha, jak sam o tym mówi, cechowała mała wartość bojowa. Szczególnie jeśli chodzi o pułk Kamińskiego, ale nie tylko. Również kompanie policji poznańskiej nie przejawiały zbytniego ducha walki. Łatwo było je zatrzymać i związać tak walką, że ich przybycie na Ochotę czy Wolę mogło nastąpić z kilkudniowym opóźnieniem. Każdy zaś dzień opóźnienia w podjęciu natarcia na te dwie dzielnice, bastiony powstańczej Warszawy, wzbraniające dostępu do centrum miasta, miały dla konsolidacji sił w stolicy niebagatelne znaczenie.”

Ale nie inaczej rzecz się miała z Kielecczyzną i Zachodnią Małopolską...

Warto zwrócić uwagę, że Okręg Radomsko - Kielecki zmobilizował swoje oddziały do „Burzy” (do tego tylko częściowo) dopiero w pierwszych dniach sierpnia 1944 roku (jedynie Obwody Sandomierz i Busko uczyniły to nieco wcześniej), przy czym Niemcy długo czuli się wobec nich bezsilni, śląc rozpaczliwe meldunki i prosząc o wsparcie. Wojciech Borzobohaty, szef sztabu Okręgu Radom, tak scharakteryzował ówczesne położenie na terenie Okręgu:

„Położenie nieprzyjaciela na terenie Okręgu można było określić jako rozmieszczenie wyspowe, trzymające się większych skupisk ludzkich w miastach, przy węzłach drogowych i kolejowych oraz obiektach wojskowych. Pomiędzy tymi „wyspami” znajdowały się przestrzenie wolne od nieprzyjaciela.”

Dodam, że w owych większych skupiskach silne oddziały AK jedynie czekały na rozkaz do wystąpienia, świadome posiadanej przewagi nad przeciwnikiem. Rozkaz taki jednak nie nadszedł. Zbigniew Zieliński z Inspektoratu Częstochowa, wchodzący w skład Okręgu Radom, pisał:

„Teren, poza dużymi miastami (jak Częstochowa, Radomsko czy Włoszczowa), w zasadzie był opanowany przez oddziały partyzanckie i placówki terenowe. Okupanci mogli przebijać się trasami komunikacyjnymi tylko w dużych kolumnach i z eskortą. [...] 7 Dywizja AK była już przygotowana, aby w razie ogłoszenia powszechnego powstania opanować dobrze strzeżoną przez Niemców 130-tysięczną Częstochowę. Wtedy dywizja dysponowała dużą siłą uderzeniową - większą niż AK w Warszawie przed powstaniem. Niektórzy nasi dowódcy uważali, że przed powstaniem w Warszawie powinny być przeprowadzone, na terenie między Wisłą i Wartą, ataki paraliżujące niemiecki transport i łączność oraz opanowanie punktów strategicznych i miast własnymi siłami.”

Jest to kolejna opinia wskazująca na to, że w środowisku AK panowało przekonanie, iż źle się stało, że Powstanie Warszawskie realizowane było w ramach „Burzy”, nie zaś w ramach powstania powszechnego...

Wróćmy jednak do określenia sił, którymi AK dysponowała na tym terenie latem 1944 roku. Według wyliczeń Zbigniewa Zielińskiego, latem 1944 roku Inspektorat AK Częstochowa skupiał ok. 15 tys. zaprzysiężonych żołnierzy, w tym ok. 4,5 tys. w Obwodzie Włoszczowa, 4,8 tys. w Obwodzie Częstochowa oraz 5.680 w Obwodzie Radomsko.

Wojciech Borzobohaty, szef sztabu Okręgu AK Radom, podaje nieco wyższą liczbę żołnierzy dla Obwodu Włoszczowa, wskazując, iż liczba 4,5 tys. żołnierzy odnosi się do końcówki roku 1943, podczas gdy w roku 1944 nastąpił wzrost szeregów o ok. 1,5 tys. żołnierzy, w tym w szczególności w związku ze scaleniem BCh, które przekazały do AK 1136 żołnierzy (21 plutonów), tak więc w jego ocenie po zakończeniu akcji scaleniowej Obwód Włoszczowa liczył ok. 6 tys. żołnierzy, przy czym broni miało starczać dla ok. 25% z nich.

U progu lata 1944 roku w każdym z obwodów Inspektoratu operował oddział partyzancki w sile kompanii. W połowie lipca 1944 roku na bazie tych trzech oddziałów partyzanckich utworzono batalion partyzancki AK „Tygrys”, który w sierpniu 1944 roku liczył 507 żołnierzy i którym dowodził mjr Hipolit Świderski ps. „Jur”.

Na początku sierpnia 1944 roku nastąpiła częściowa mobilizacja sił terytorialnych, efektem czego było sformowanie po jednym słabym batalionie w każdym z obwodów:

w Obwodzie Radomsko - batalion „Ryś” - 290 ludzi

w Obwodzie Częstochowa - batalion „Centaur” - 202 ludzi

w Obwodzie Włoszczowa - batalion „Wilk” - 220 ludzi

Utworzono nadto zwiad konny, który liczył 31 ludzi...

Już po rozwiązaniu koncentracji do akcji „Zemsta” (marsz na pomoc powstańczej Warszawie) liczebność sił partyzanckich nieco wzrosła. Zbigniew Zieliński pisze, iż stan osobowy oddziałów partyzanckich Inspektoratu Częstochowa w tym okresie wzrósł do ok. 2 tys. żołnierzy, przy czym Inspektorat, z uwagi na posiadaną ilość broni, mógł bez trudu postawić pod broń 5 tysięcy żołnierzy.

Tymczasem wróćmy do zadań, jakie miał do wykonania Inspektorat Częstochowa na wypadek powstania powszechnego (Rozkaz Operacyjny nr 2/44 z 24 VII 1944 r.):

1. Opanować i utrzymać Częstochowę, Radomsko i Włoszczowę oraz lotnisko Kucelin.

2. Być gotowym do działań w kierunku na Śląsk.

3. Dozorować obecną granicę z Rzeszą.

4. Nawiązać i utrzymać łączność z Okręgiem Śląsk oraz z sąsiednimi inspektoratami.

Zbigniew Zieliński podkreśla, że w tym okresie role się odwróciły i o ile wcześniej to partyzanci mogli czuć się niczym zaszczute zwierzęta zmuszone do nieustannej czujności i ciągłego chowania się przed przeciwnikiem, o tyle późnym latem 1944 roku to Niemcy byli stroną wyraźnie słabszą, oddając pole partyzantom, którzy o wiele pewniej poruszali się w terenie aniżeli Niemcy. Sytuację, jaka się wytworzyła na terenie Inspektoratu Częstochowa po częściowej mobilizacji jego sił, przeprowadzonej na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku, Zbigniew Zieliński scharakteryzował następująco:

„Inspektorat Częstochowski dysponował dużym potencjałem ludzkim i sprzętem. [...] Teren, poza dużymi miastami (jak Częstochowa, Radomsko czy Włoszczowa), w zasadzie był opanowany przez oddziały partyzanckie i placówki terenowe. Okupanci mogli przebijać się trasami komunikacyjnymi tylko w dużych kolumnach i z eskortą.”

Jako że komendant Okręgu nakazał cały wysiłek skierować na główne punkty oporu npla, dlatego też w rejonach głównych ognisk walki pozostawiano znaczne siły, do tego dobrze uzbrojone. Tak na przykład w magazynach samego tylko Obwodu Częstochowa (przede wszystkim w samej Częstochowie) pozostała następująca ilość broni:

ckm - 13 szt.

rkm - 62 szt.

kb - 1.111 szt.

pm - 260 szt.

piaty - 7 szt.

granaty - 623 szt.

Do tego winniśmy dodać broń krótką i butelki zapalające, nie ujęte w zestawieniu.

Jak widzimy, była to ilość broni porównywalna z tym, czym w przeddzień powstania dysponował Okręg Warszawski Armii Krajowej (przy dziesięciokrotnie mniejszej liczbie ludzi!). A przecież winniśmy uwzględnić tu jeszcze broń batalionu „Centaur” oraz kompanii partyzanckiej por. Jerzego Kurpińskiego - „Ponurego” ze składu batalionu „Tygrys”, które to oddziały były wszak w pełni uzbrojone, a których broń nie została ujęta w powyższym zestawieniu. Widzimy więc, że Częstochowa była, w porównaniu z Warszawą, naprawdę nieźle przygotowana do walki na okres powstania (przynajmniej gdy chodzi o uzbrojenie). Dodajmy, że walki tej nie podjęła...

Obwody Radomsko i Włoszczowa były relatywnie gorzej uzbrojone i wyposażone aniżeli Obwód Częstochowa, ale i tak bez porównania lepiej aniżeli oddziały Okręgu Warszawskiego.

Poświęciłem nieco więcej uwagi siłom Inspektoratu Częstochowskiego jako najbliższym terenom będącym przedmiotem naszego zainteresowania, tj. Okręgu Śląskiego Armii Krajowej...

Natomiast co do oddziałów, które zostały zmobilizowane w ramach przygotowań do akcji „Burza”, a następnie „Zemsta”, to dopiero przybycie w ciągu września i października świeżych sił pozwoliło Niemcom odzyskać inicjatywę.

Podobnie zresztą było w Inspektoracie Miechowskim, który należał do Okręgu Krakowskiego, gdzie oddziały AK utworzyły tzw. Kazimiersko - Proszowicką Rzeczpospolitą Partyzancką, zwaną też Republiką Pińczowską; zostały one zmuszone do powrotu do konspiracji, kiedy na teren Inspektoratu zaczęły napływać kolumny niemieckich dywizji pancernych, kierowanych tędy dla zlikwidowania przyczółka sandomierskiego. Także w innych częściach Małopolski latem 1944 roku powstało szereg różnych mniejszych i większych „republik partyzanckich", które to w większości przetrwały do jesieni.

O zadaniach dla Okręgu Śląskiego Armii Krajowej na czas powstania powszechnego przeczytać można tutaj:

http://slaskipolska.pl/artykuly/674-okreg-slaski-armii-krajowej-w-planach-powstania-powszechnego-i-burzy

Reasumując - z całą pewnością ocenę gen. Sosnkowskiego, który stwierdził, iż „trudno sobie wyobrazić możność opanowania większego obszaru lub poważniejszego centrum na czas dłuższy niż parę dni”, uznać należy za błędną. Powstanie Warszawskie trwało 63 dni, różne utworzone latem 1944 roku „republiki partyzanckie" funkcjonowały przez okres kilku - kilkunastu tygodni, pomimo iż walkę prowadzono w warunkach zdecydowanie trudniejszych, aniżeli by ją prowadzono, gdyby podjęto ją w pierwszych dniach trzeciej dekady lipca 1944 roku i do tego z wykorzystaniem całości posiadanych sił i środków.

Wojciech Kempa