W nocy 25/26 lipca 1944 roku partyzanci oddziału partyzanckiego „Hardego” zdobyli miasto Wolbrom, po czym po opróżnieniu miejscowych magazynów, nie ponosząc strat, wycofali się do obozu leśnego w Górach Bydlińskich.

Wśród zgrupowań partyzanckich Okręgu Śląskiego Armii Krajowej największą siłę przedstawiał sobą batalion partyzancki „Surowiec”, który w ramach Odtwarzania Sił Zbrojnych tworzyć miał Oddział Rozpoznawczy 23 Górnośląskiej Dywizji Piechoty AK i który utworzony został w roku 1944 na bazie dwóch niewielkich oddziałów partyzanckich powstałych w powiatach zawierciańskim i olkuskim. Wiosną 1944 roku rozwinęły się one w kompanie. Obydwie kompanie operowały głównie w rejonach przygranicznych należących do Generalnej Guberni. 1. kompanią dowodził ppor. Stanisław Wencel ps. „Twardy” (latem 1944 roku kompania „Twardego” osiągnęła stan ok. 180 ludzi), a 2. kompanią - początkowo dowodził ppor. Gerard Woźnica ps. „Hardy”. Pod koniec czerwca 1944 roku kompania „Hardego” została przekształcona w zgrupowanie, w skład którego wchodziły dwie kompanie - 2 kompania batalionu „Surowiec”, którą dowodził ppor. Józef Mrówka ps. „Mat” oraz kompania szkolna, dowodzona przez pchor. Antoniego Ścibicha ps. „Trzepak” (dowództwo nad całością sprawował por./kpt. Gerard Woźnica - „Hardy”). W sumie zgrupowanie „Hardego” w drugiej połowie sierpnia 1944 roku osiągnęło stan ponad 200 ludzi (nie licząc wchodzącego w jego skład rezerwowego plutonu terenowego ppor. Edwarda Nowaka - „Jodły”, w sile 72 ludzi, oraz 34 ludzi w punktach informacyjnych). Latem 1944 roku utworzono jeszcze 3. kompanię batalionu „Surowiec”, którą dowodził ppor. Rutkowski - „Boruta, jednakże została ona rozbita we wrześniu 1944 roku w Biskupim Borze.

Kompanie wchodzące w skład batalionu „Surowiec” dawały się mocno we znaki Niemcom, zadając im spore straty. Warto tu wspomnieć w szczególności akcję, która miała miejsce w nocy 25/26 lipca 1944 roku, kiedy to oddział „Hardego” zdobył miasto Wolbrom. Oddajmy w tym miejscu głos ówczesnemu komendantowi Okręgu Śląskiego AK ppłk. Zygmuntowi Walterowi - Janke:

„Latem 1944 r. w lasach olkuskich w rejonie wsi Góry Bydlińskie przebywał w obozie leśnym batalion partyzancki ppor. „Hardego” z Okręgu Śląskiego AK - z oddziału „Surowiec”. [...] Ludzi było dużo, potrzeby liczne, zaspokojenie ich niełatwe. Dowódcę batalionu ppor. Gerarda Woźnicę („Hardy”) kusiły magazyny ulokowane przez Niemców w pobliskim Wolbromiu. Nawiązał więc kontakt z szefem Kedywu (kierownikiem dywersji) w Wolbromiu, por. Leonardem Wyjadłowskim („Ziemia”). Sprawa nie była prosta, bowiem Wolbrom leżał w Generalnej Guberni, ma terenie Krakowskiego. Ppor. „Hardy” należał do Okręgu Śląskiego AK, musiał więc swoje plany uzgodnić z gospodarzami terenu, z miejscowymi władzami AK. Trudności te usunął por. „Ziemia”. Zapadła decyzja uderzenia na Wolbrom. Celem akcji było zdobycie niezbędnego dla oddziału partyzanckiego zaopatrzenia w żywność, odzież i obuwie.”

Oddajmy z kolei głos dowódcy zgrupowania partyzanckiego ppor. Gerardowi Woźnicy - „Hardemu”:

„Do rozpracowania obiektów, które zamierzaliśmy zaatakować, zostali wyznaczeni: dowódca plutonu dywersyjnego w Wolbromiu Zygmunt Gardeła ps. „Granat” oraz dowódca punktu informacyjnego batalionu „Surowiec” na terenie tego miasta ppor. Edward Pietrzykowski ps. „Guma”. Korzystając z pomocy miejscowej siatki informacyjno - wywiadowczej już w czwartym dniu od chwili otrzymania zadania dostarczyli oni dokładnych danych o aktualnym rozmieszczeniu i sile nieprzyjaciela. Szczególnie cenne były informacje rdzennego wolbromianina „Granata”.”

W zamieszkałym przez około 6 tysięcy mieszkańców Wolbromia stacjonował dość silny garnizon niemiecki, który ppor. „Hardy” scharakteryzował następująco:

„W rynku wolbromskim mieścił się komisariat policji granatowej z 24-osobową załogą /18 policjantów granatowych i 6 żandarmów/. W budynkach szkolnych kwaterowała kompania własowców i 70 żołnierzy Luftwaffe. Obok dworca kolejowego było gestapo, a w fabryce gumy stacjonowało 18 strażników Werkschutzu, żandarmeria polowa w sile 10 osób, jednostka remontowa Motzugu z Pilicy oraz chwilowo batalion remontowy Wehrmachtu, oceniony na około 600 ludzi.”

W skład oddziału ppor. „Hardego”, o czym była już mowa, wchodziły dwie kompanie, przy czym kompania ppor. Józefa Mrówki - „Mata” miała w swym składzie trzy plutony, a kompania szkolna szkolna pchor. Antoniego Ścibicha - „Trzepaka” - dwa plutony. Według Zygmunta Waltera - Janke, do akcji wyznaczono kompanię szkolną i dwa niepełne plutony z kompanii ppor. „Mata”. Do oddziałów tych miał dołączyć pluton dywersyjny „Granata” z Wolbromia, który miał na nie czekać na punkcie zbiorczym w Czarnym Lesie, 2 km od miasta. Plan akcji przygotował ppor. „Hardy” wraz z ppor. „Matem”. 23 lipca 1944 r. we wsi Załęże plan został omówiony z ppor. „Ziemią” . Oddajmy ponownie głos Gerardowi Woźnicy - „Hardemu”:

_„Akcja ta miała dla nas duże znaczenie, gdyż była pierwszą próbą współdziałania z innym oddziałem w opanowaniu całego miasta oraz zastosowania i wykorzystania większej ilości taboru /przeszło 20 furmanek/, który w tego rodzaju przedsięwzięciu był bardzo uciążliwy.

Planowaliśmy odcięcie miasta przez przerwanie łączności telefonicznej, zamknięcie dróg, związanie ogniem garnizonu niemieckiego w fabryce i w szkole oraz likwidację obsady posterunku policji granatowej w rynku i opanowanie magazynów. Po załadowaniu wozów i ich odjeździe oddział miał wycofać się z miasta różnymi drogami, by zmylić ewentualny pościg. Sygnał rozpoczęcia akcji: jedna rakieta zielona, a zakończenia i wycofania się z miasta: dwie czerwone.”_

Nim jednak przystąpiono do realizacji zadania, uzupełniono stan środków medycznych i opatrunkowych, co ppor. „Hardy” opisał następująco:

„Na dwa dni zostali odkomenderowani „Sprytny” i „Zuchwały”, którzy wraz z drużyną terenową z plutonu „Granata” brali udział w akcji organizowanej przez ppor. „Ziemię”. W akcji tej zarekwirowano w wolbromskich aptekach lekarstwa i środki opatrunkowe, a w ośrodku koni zarodowych - sześć koni, z których dwa przypadły z podziału naszemu oddziałowi.”

Akcja miała zacząć się wieczorem, 25 lipca 1944 roku. Tymczasem tego dnia rano do obozu, w którym kwaterował oddział ppor. „Hardego”, przybył komendant Okręgu Śląskiego AK ppłk Zygmunt Walter - Janke, co ppor. „Hardy” opisał w taki oto sposób:

„Wczesnym rankiem 25 lipca przybył na inspekcję naszego obozu komendant Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, ppłk „Walter”, któremu złożyłem meldunek o planowanej akcji na Wolbrom. „Walter” zapoznał się z planem, zaakceptował akcję oraz oraz wyraził życzenie, aby wśród osób wyznaczonych do jej przeprowadzenia znaleźli się wszyscy oficerowie i jak największa liczba podoficerów, gdyż chciałby się przyjrzeć ich pracy.”

Oddajmy więc w tym momencie głos ppłk. Zygmuntowi Walterowi - Janke:

„Wczesnym rankiem 25 lipca przyjechałem do obozu batalionu ppor. „Hardego”. Plan podobał mi się. Zaaprobowałem go. Zdecydowałem się wziąć udział w akcji. Chciałem się przyjrzeć pracy niższych dowódców i sprawdzić ich współdziałanie w trudnych warunkach nocnych i wobec przeważających sił nieprzyjaciela. Moja decyzja zaniepokoiła ppor. „Hardego”. Obawiał się, żeby nie zdarzyło się coś złego. Gdzie drwa rąbią, wióry lecą... Robił wszystko, aby mnie zatrzymać w obozie. Wysłuchałem jego argumentów i przyznałem mu rację. Były słuszne, ale mój argument brzmiał: chcę ujrzeć batalion w obliczu nieprzyjaciela. Przewidywałem dla niego ważne zadania w planie „W” i w planie uderzenia na obóz w Oświęcimiu. Musiałem sam sprawdzić jego wartość. Z tego względu wyraziłem życzenie, aby do działania wziąć możliwie dużo oficerów i podoficerów.”

Tymczasem wróćmy do relacji ppor. „Hardego”:

„Tego się nie spodziewałem. Usiłowałem zrobić wszystko, by nie dopuścić do udziału „Waltera” w akcji, gdyż w czasie pobytu na naszym terenie odpowiadam za jego życie, a w akcji kule nie wybierają. Niestety, moje perswazje nie odniosły żadnego skutku.”

Ponownie zajrzyjmy do tego, co napisał Zygmunt - Walter - Janke:

„Ppor. „Hardy” miał w obozie zdobyczne konie. Były to ogiery wysokiej krwi. Okazało się, że „Hardy” do akcji rusza konno. Poprosiłem, aby i dla mnie osiodłano konia. Z przyjemnością znalazłem się znowu w siodle. Koń był nieźle ujeżdżony, okiełznany tylko na wędzidło, siodło włoskie, sportowe. W obozie zebrały się kompanie do akcji, sprawdzono stany ludzi, broń, amunicję. Nastrój był dobry. Zapadł zmrok. Kompanie ruszyły - prowadził je ppor. „Mat”. Dogoniliśmy kolumny w drodze. Przed wyjazdem trzeba było jeszcze sprawdzić ubezpieczenie obozu. Do kolumny w marszu dołączył tabor - powyżej 20 wozów zabranych z okolicznych wsi.”

Sprawdźmy z kolei, jak te same chwile wspominał ppor. „Hardy”:

„Na akcję wyruszyliśmy wieczorem. Ppor. „Mat” przeprowadził oddział na miejsce spotkania z plutonem dywersyjnym z Wolbromia. Ppłk „Walter” i ja ruszyliśmy chwilę później.”

I znów rzućmy okiem do relacji Zygmunta Waltera - Janke:

„Jechaliśmy tuż za plutonem. Dochodziła godzina 21.00, gdy dotarliśmy do lasu koło wsi Zabagnie. Tutaj czekał na nas por. „Ziemia” ze swoimi ludźmi. Ppor. „Hardy” objął teraz dowództwo nad całością, czyli około 160 ludźmi. Niemiecką załogę w Wolbromiu ocenialiśmy na około 800 ludzi. Szansę powodzenia mogło przynieść tylko zaskoczenie. Ważne były ostatnie wiadomości o nieprzyjacielu, które przyniósł na punkt zborny por. „Guma”, odpowiedzialny za dokładność rozpoznania. Były one pomyślne. Niemcy nie spodziewali się niczego i zachowywali się jak zwykle.”

Tymczasem powróćmy do relacji ppor. Gerarda Woźnicy - „Hardego”:

„Pod Wolbrom podciągnęliśmy około 21.00. W lesie koło Zabagnia nastąpiło spotkanie z ppor. „Ziemią”, który czekał tam na nas z plutonem dywersyjnym z Wolbromia, dowodzonym przez „Granata”. Po objęciu dowództwa nad całością /oddział liczył teraz około 160 ludzi/ utworzyłem pięć grup, którym przydzieliłem szczegółowe zadania. Do przerwania łączności telefonicznej z miastem wyznaczyłem patrol łączności pod dowództwem Stefana Piątka ps. „Szary”. Przekazałem także ustalone hasło oraz sygnały świetlne rozpoczęcia i zakończenia działań oraz punkty zborne dla poszczególnych grup po zakończeniu akcji.”

Zygmunt Walter - Janke tak wspominał tamte chwile:

„Zgodnie z planem na punkcie zbornym siły partyzanckie zostały podzielone na 5 oddziałów. Każdy z nich miał odrębne zadanie, inne miejsce zbiórki po wykonaniu zadania i sygnale zakończenia akcji. Odbyła się jeszcze krótka odprawa dowódców oddziału - przypomnienia zadań i porządku wycofywania się po akcji - i kolumna ruszyła marszem ubezpieczonym do odległego o 2 km Wolbromia.”

Pierwszą fazę akcji w Wolbromiu ppor. „Hardy” wspominał po latach następująco:

„Po krótkiej odprawie dowódców grup, w czasie której przypomniałem zadania i porządek wycofywania się z miasta, sprawnie sformowaliśmy kolumnę i ruszyliśmy marszem ubezpieczonym do Wolbromia.

W składzie plutonu straży przedniej, który posuwał się około 500 m przed kolumną, szły dwie drużyny z kompanii ppor. „Mata”, przewidziane do obsadzenia stanowisk w rynku, oraz drużyna „Tadka”, która miała zająć stanowiska u zbiegu ulic Mariackiej, Miechowskiej i Piłsudskiego, na zapleczu komisariatu policji granatowej i żandarmerii.

Po drodze z kolumny odłączyło się sześć furmanek wraz z ubezpieczeniem; miały one zarekwirować mąkę w młynie Jaremy.

Weszliśmy do miasta. U zbiegu ulic Pileckiej i Żarnowieckiej od straży przedniej odłączyła się drużyna „Tadka”, by jak najszybciej obsadzić wyznaczone jej stanowisko. W kilkanaście minut później w ulicę Żarnowiecką skręcił ppor. „Guma” ze swoją grupą, którą wzmocniła sekcja kaemów dowodzona przez Jerzego Miarkę ps. „Jaskółka”. Ppor. „Guma” otrzymał zadanie ubezpieczenia działań w mieście od strony Żarnowca w rejonie muru kościelnego oraz przeprowadzenia rekwizycji w zbiornicy jaj.

Do uszczuplonego plutonu straży przedniej dołączyły teraz patrol łączności „Szarego” z zadaniem unieruchomienia urzędu pocztowego oraz dwie drużyny do obsadzenia stanowisk na skrzyżowaniu ulicy 3 Maja z ulicami Krakowską i Piłsudskiego. Dla reszty oddziału zarządziłem krótki postój. W tym czasie dołączył do nas tabor, który po rozpoczęciu akcji, ulicami Bożniczą, Konopnicką i Krakowską, miał przejechać na zaplecze magazynów „Rolnika”.

Podjechaliśmy konno do rynku. Ppor. „Mat” zameldował o obsadzeniu wylotów ulic Lgockiej i Listopadowej. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Poleciłem więc „Wołodyjowskiemu” przygotować zieloną rakietę. Po chwili została ona wystrzelona, dając sygnał do rozpoczęcia akcji. Dowódca patrolu łączności „Szary” wraz z kierownikiem elektrowni w Wolbromiu Stanisławem Kotulskim i Józefem Kłękiem ps. „Kwiatek” sprawnie poprzecinali druty na słupie zbiorczym przed budynkiem poczty i unieruchomili łącznicę urzędu pocztowego.

Poszczególne grupy przystąpiły do wykonywania swych zadań. Niestety, grupie uderzeniowej nie udało się wtargnąć do budynku zajętego przez policję granatową i żandarmerię. Brak materiału wybuchowego uniemożliwił sforsowanie silnie zabarykadowanych drzwi i okien, zza których wzmógł się ogień z broni maszynowej. Dopiero celna seria naszego erkaemu, oddana ze stanowiska dowodzonego przez ppor. „Mata”, zmusiły do milczenia obsługę niemieckiego cekaemu.

Natężenie ognia nieco osłabło - ale palba karabinowa nie ustawała. Od czasu do czasu padała seria z broni maszynowej. Konno przeskoczyliśmy rynek na uprzednio ustalone stanowisko dowodzenia, skąd kierowałem dalszym przebiegiem działań.

Dziwiła mnie cisza panująca w rejonie szkoły, gdzie kwaterowała kompania własowców i żołnierze Luftwaffe. Stacjonujący na terenie fabryki gumy batalion remontowy Wehrmachtu ograniczył się tylko do oświetlenia reflektorami warsztatów remontowych i bliskiego przedpola.

Wysłani gońcy meldowali, że kwaterująca w szkole załoga niemiecka, usłyszawszy strzały w rynku i zauważywszy nasze patrole ubezpieczające na ulicach Żarnowieckiej i Miechowskiej, wygasiła światła, ściągnęła wartownika i zabarykadowała się w budynku. Od strony fabryki gumy nie zauważono żadnych działań nieprzyjaciela.”

Tymczasem zajrzyjmy do relacji komendanta Okręgu Śląskiego AK - ppłk. Zygmunta Waltera - Janke:

„Natężenie ognia nieco zelżało. Utrzymywała się palba karabinowa. Od czasu do czasu padała seria z broni maszynowej. Przez rynek, po kocich łbach, z hukiem przeleciała część taboru, kierując się w ulicę Krakowską. Przeskoczyliśmy konno rynek, udając się na ustalone uprzednio stanowisko dowodzenia akcją. Ciemno, prawie nic nie widać, słuch zastępuje wzrok. Z krótkimi przerwami ogień w rynku trwa. Poza tym panuje cisza.

Oczekujemy, że lada chwila odezwie się strzelanina od strony ubezpieczeń z rejonu szkoły. Zastanawiało nas, że kompania „kałmuków” i żołnierze Luftwaffe nie weszli dotychczas do akcji. Kwaterujący w fabryce gumy batalion remontowy Wehrmachtu ograniczył się do oświetlenia przedpola. Przy taborze, na który ładowano zapasy z magazynu, znajdował się odwód. Wysłani gońcy wrócili z meldunkami, że załoga niemiecka w szkole po pierwszych strzałach w rynku i stwierdzeniu, że wokół są partyzanci, wygasiła światła i ściągnąwszy wartownika zabarykadowała się wewnątrz budynku. Od strony fabryki gumy było cicho - batalion remontowy nie podjął żadnych działań.

Poszedłem do magazynu, by przyjrzeć się, jak idzie ładowanie wozów i co się zabiera. W magazynie wrzało jak w poruszonym mrowisku. Zabierano odzież, bieliznę, obuwie. Kilku partyzantów łomem tłukło w skrzynkach butelki z wódką. Alkohol płynął wartko do ulicznego rynsztoka. W pewnym momencie powstało zamieszanie. Kierownik magazynu, Polak, protestuje. Wszedł właśnie ppor. „Hardy” - zwraca się do niego. Ppor. „Hardy” pokazuje na mnie jako na wyższą instancję. Idzie o skrzynkę przedwojennego, polskiego spirytusu. Kierownik twierdzi, że jest to jego starannie ukryty przed Niemcami prywatny zapas. No i że to barbarzyństwo zniszczyć taki płyn, że partyzanci znają jego wartość. Tę niemiecką przydziałową „harę”, wódkę, która służyła jako ekwiwalent dla polskiego chłopa, za odstawiony miód, jajka, masło i jako premie za kontyngent zboża - te butelki można wytłuc. Ale nie polski spirytus, którego jest tylko jedna skrzynka...Niespodziewanie zjawił się przy mnie dr „Chętny” - lekarz batalionu. Poparł gorąco prośbę kierownika o uratowanie odstawionej na bok skrzynki. Nie ma czym dezynfekować narzędzi i instrumentów lekarskich, spirytus potrzebny do lekarstw. To wystarczyło. Oświadczyłem kierownikowi magazynu, że spirytus oddajemy do dyspozycji lekarza batalionu i że chyba kierownik będzie się cieszył, iż przysłuży się w ten sposób partyzanckiej służbie zdrowia... Kierownik opuścił głowę i bez oznak radości odszedł, aby wywojować przynajmniej skrzynkę niemieckiej wódki. Doktor osobiście pomagał załadować cenną skrzynkę ze spirytusem na wóz. Nie sądzę, żeby robił to tylko z myślą o dezynfekcji narzędzi...

Tymczasem zjawił się goniec od por. „Gumy” i zameldował, że z „Jajczarni” zabrano 8 wozów cukru, jaj i miodu.

Nagle od strony ul. Miechowskiej rozległy się serie broni maszynowej. Słaba wymiana ognia w rynku przybrała na sile. Budynek policji nagle ożył i gwałtownym ogniem z okien dawał o sobie znać. Ogień nie trwał długo. Najpierw umilkł na ul. Miechowskiej, później przycichł w rynku. Nadszedł meldunek od „Tadka”, że erkaemista „Wicher” rozbił wjeżdżający w ul. Miechowską samochód osobowy z gestapowcami z Miechowa, zabił i ranił jadących w nim Niemców. Okazało się później, że gestapo w Miechowie otrzymało meldunek o zajęciu przez partyzantów Wolbromia. Meldunek ten został potraktowany jako fałszywy, mający na celu wyprowadzenie w nocy sił niemieckich z Miechowa. Gestapo obawiało się zasadzki, dlatego wysłało tylko jeden samochód, w celu sprawdzenia wiarygodności meldunku. Samochód wjechał do miasta w czasie krótkiej przerwy ogniowej, kiedy panowała całkowita cisza. Dowódca samochodu uspokoił się, że nic się w mieście nadzwyczajnego nie dzieje. Trochę się pomylił.

Akcja zbliżała się ku końcowi. Zadanie było wykonane, tabor załadowany. Por. „Guma” sformował kolumnę wozów i o godz. 2.30 ruszył w kierunku obozu. Z taborem pomaszerował pluton eskorty. Obok wozu, gdzie załadowana była skrzynia ze spirytusem, szedł lekarz, dr. „Chętny”. Jakaś seria, wystrzelona z rynku, świsnęła koło wozu. Jeden z pocisków przebił bańkę z miodem. Partyzant „Disza”, prowadzący wóz, nie zdołał utrzymać przestraszonych koni, które pogalopowały z wozem na przyległe łąki, znacząc drogę miodem. Dr „Chętny” zameldował mi w obozie, że skrzynia ze spirytusem spadła z wozu i nie ocalała ani jedna butelka. Meldunek przyjąłem, ale do dziś nie wiem, czy to łąka wypiła ten spirytus...”

Z kolei rzućmy raz jeszcze okiem do relacji ppor. „Hardego”:

„Akcja wchodziła w końcową fazę. Magazyny zostały już całkowicie opróżnione z zapasów. Na ulicy Górka doładowywano jeszcze ostatnie wozy. Ppor. „Guma” sformował kolumnę taborów i o 2.30 wraz z plutonem ochrony okrężną drogą wyruszył w kierunku obozu.

Godzinę później dałem rozkaz zakończenia akcji. Dwie czerwone rakiety były dla wszystkich grup sygnałem do zakończenia działań i opuszczenia miasta. Wolbrom pożegnaliśmy z fasonem ogniem broni maszynowej w okna budynku zajętego przez policję i żandarmerię.”

Zygmunt Walter - Janek tak opisał ostatnie chwile akcji w Wolbromiu:

„O godz. 3.30 ppor. „Hardy” uznał, że tabor oddalił się wystarczająco, aby zakończyć akcję. Wyraziłem zgodę na wystrzelenie dwóch czerwonych rakiet. Był to sygnał, aby oddział opuścił Wolbrom. Ppor. „Mat”, zanim ściągnął swoje drużyny ze stanowisk, pożegnał miasto ogniem broni maszynowej skierowanym w okna budynku policji i żandarmerii. Żaden z żandarmów i policjantów do rana z budynku nie wyszedł.

O godz. 4.00 ostatnia grupa zgłosiła się w punkcie zbornym. Sprawdzono stany. Strat własnych nie było. Oddział miejscowy po zdaniu i ukryciu broni wrócił do miasta. Kompanie partyzanckie marszem ubezpieczonym przez Rędziny i Załęże udały się do obozu leśnego.

Szedłem obok kolumny. Przyglądałem się żołnierzom. Odbyli długi marsz, w nocy nie spali. Teraz maszerowali znowu. Lada chwila oczekiwaliśmy strzałów od strony straży tylnej. Twarze promieniały zadowoleniem, nie widać było zmęczenia. To był dobry żołnierz, który przeszedł dobrą szkołę w ustawicznych mniejszych czy większych akcjach. Można było na niego liczyć, można było liczyć na dowódców oddziału. Ppor. „Hardy” wykonał dobrą robotę, stworzył wartościowy oddział partyzancki. Tą oceną skwitowałem akcję na Wolbrom. Tę ocenę wyniosłem jako efekt swojego udziału w opanowaniu Wolbromia. Oddział w rezultacie zdobył 6 wozów obuwia i materiałów, w tym materiał drelichowy na mundury oraz 15 wozów żywności. Część zdobyczy przekazano miejscowym oddziałom AK i BCh - za pośrednictwem „Granata”.”

I na koniec zajrzyjmy do relacji ppor. „Hardego”:

„Ze zdobytego drelichu drużyna sanitarno - gospodarcza w Bydlinie uszyła mundury. Pracą kierował żołnierz oddziału rezerwy, krawiec z zawodu - Maciej Mędrek ps. „Pęk”. Bluzy do mundurów szyły: nauczycielka z Bydlina Maria Malecka ps. „Orlik”, Alicja Mędrek ps. „Diana”, Wanda Mędrek ps. „Jutrzenka”, p. Kalinka i kilka innych dziewcząt, których pseudonimów nie rozszyfrowałem. Tym dzielnym kobietom, które w krótkim czasie uszyły 108 bluz, kilka plutonów oddziału partyzanckiego „Surowiec” zawdzięczało jednolite umundurowanie.”

Więcej o Okręgu Śląskim Armii Krajowej:

http://slaskipolska.pl/artykuly/587-jak-feniks-z-popiolow

Wojciech Kempa