Temat rozliczeń z przeszłością jest bardzo pojemny dla wszelkiej maści historyków, publicystów, polityków itp. Często przywołuje się zagadnienie powojennego wymierzania sprawiedliwości nazistowskim zbrodniarzom, funkcjonariuszom niemieckiego aparatu terroru, tym, którzy przyczynili się do śmierci i cierpień wielu ludzi. Jako wzorcowy przykład wymierzenia sprawiedliwości zbrodniarzom wojennym przywołujemy rzecz jasna proces w Norymberdze. Wielu skojarzy również wymierzenie kary Rudolfowi Eichmannowi czy też procesy pomniejszych, jeśli tak można się wyrazić, zbrodniarzy.

Jako wzór stawiano denazyfikację przeprowadzoną w Niemczech po 1945 roku, która jednak w dużej mierze okazała się fikcją. Wielu byłych nazistów dożyło spokojnej starości w Republice Federalnej Niemiec, wcale nie kryjąc swojej tożsamości ani też nie narażając się na niebezpieczne podróże do Ameryki Płd. w celu ukrycia. Żołnierze nazistowskiego reżimu, ci, którzy zaznaczyli swoją obecność szczególnym okrucieństwem, nie musieli zbytnio obawiać się o swoje losy.

Dirlewanger

Zbrodnie, których dokonywali członkowie formacji Oscara Dirlewangera, były mieszaniną bezprzykładnego okrucieństwa powstałego w najgorszych barbarzyńskich umysłach pospolitych kryminalistów, ze wściekłą rządzą niszczenia. Jeden ze świadków Mathias Schenck tak relacjonował „zdobycie” przez Niemców szpitala na Woli podczas powstania warszawskiego: I wtedy przyszli ci z SS. Natychmiast zabili polskich rannych i rzucili się na pielęgniarki, z których zdarli ubrania i je zgwałcili. Wszystkich, których nie zabito od razu, zamordowano później: SS popychali nagie pielęgniarki rękoma w kierunku szubienicy. Lekarzowi przycięli króciutką tunikę, założyli sznur na szyję i pociągnęli pod belkę, na której wisiało już z dziewięciu cywilów. Tłum śmiał się i wrzeszczał.

Były żołnierz Dirlewangera, Mathias Schenk, jeden z nielicznych, członków brygady, który zdecydował się mówić na temat wyczynów swoich kolegów, wspominał zdarzenia podczas rzezi Woli, zwierzając się polskim dziennikarzom: Wysadziliśmy drzwi jednego z budynków. Zobaczyliśmy pomieszczenie pełne dzieci, wszystkie z rączkami uniesionymi w górę. Dirlewanger, którego nawet swoi nazywali rzeźnikiem, kazał je wszystkie pozabijać. Rozkazał przy tym oszczędzać amunicję i zabijać je kolbami karabinów. Krew płynęła strugami po schodach.

Brygada Dirlewangera, szczególnego zwyrodnialca dowodzącego jeszcze gorszą od siebie zbieraniną rzezimieszków i kryminalistów, jest doskonałym przykładem, jak potraktowano po wojnie przykazanie denazyfikacji. Sam Dirlewanger, który swoją wojskową karierę rozpoczynał podczas pierwszej wojny światowej, by później swój niemiecki nacjonalizm skrystalizować podczas walk z powstańcami śląskimi w szeregach freikorpsu, był swego rodzaju kwintesencją tłumienia przez Niemców wszelkich przejawów zbrojnego oporu na terenach okupowanych.

Bandyci Dirlewangera, którzy zasłynęli szczególnie okrutnym tłumieniem powstania warszawskiego, uniknęli odpowiedzialności, nie ukarano żadnego z nich choćby symbolicznym więzieniem. Jedynie samego Dirlewangera dosięgła nietypowa forma kary – został śmiertelnie pobity przez strażników podczas pobytu w więzieniu w Altshausen w Badenii-Wirtembergii we francuskiej strefie okupacyjnej. I na tym zakończyło się wymierzanie sprawiedliwości brygadzie zwyrodnialców.

Grube ryby

Inny z katów powstania warszawskiego, odpowiedzialny za wymordowanie 40 tys. mieszkańców Woli, w tym kobiet i dzieci, gen Heinz Rainefarth w latach 50. pełnił funkcję burmistrza miasta Westerland na wyspie Sylt z ramienia, co można uznać za znamienne, Bloku Wypędzonych ze Stron Ojczystych i Pozbawionych Praw.

Nigdy nie postawiono go przed sądem za popełnione zbrodnie wojenne. Jak komentował to w rozmowie z polskim dziennikarzem Tomaszem Wielińskim Bernhard Daenekas, emerytowany oficer policji kryminalnej kilkukrotnie przesłuchujący Rainefarta: W latach 60. w Szlezwiku-Holsztynie Heinz Reinefarth był zbyt grubą rybą, by go ciągać po sądach. A że był generałem SS? Cały land to było jedno nazistowskie bagno.

Niemrawe próby

Niemiecki wymiar sprawiedliwości po wojnie co prawda próbował stawiać przed sądowym obliczem zbirów Dirlewangera, jednak były to dosyć rachityczne usiłowania, gdzie oskarżeni nie musieli się zbytnio wysilać, by uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności. Skądinąd przed sądem przeprowadzono trzydzieści pięć spraw, na tę i tak śmiesznie małą liczbę tylko w jednym przypadku sporządzono akt oskarżenia, a i tak nie dotyczył on czynów popełnionych przez SS-manów Dirlewangera w Warszawie.

Christian Ingrad, historyk, który w swej książce „Czarni Myśliwi” szczegółowo opisał dzieje tej formacji, skonkludował trafnie, że Zbrodnie, których jednostka dopuściła się w Polsce, następnie w ZSRR, a potem wreszcie na Słowacji, w sporej mierze pozostały nieukarane. Ludzie Dirlewangera z powodzeniem oparli się sądowej ofensywie prowadzonej w Niemczech w latach 1960-1980.

Nie można sądzić

Owa sądowa „ofensywa” okazała się przykładem bezsilności niemieckiego wymiaru sprawiedliwości wobec skądinąd prostych wybiegów podsądnych stosowanych od zarania sądownictwa przez oskarżonych. Groteskowo też brzmiały tłumaczenia niektórych sędziów argumentujące, że nie można wyższych oficerów jednostki sądzić za zbrodnie już osądzone w Norymberdze, jak to orzekł sąd w Flensburgu.

Symptomatyczna okazywała się niemożność stawiania zarzutów przestępcom wojennym, rzecz jasna tym, którzy nie zniknęli na dobre, jak Kurt Weisse, zastępca Dirlewangera, który uciekł z brytyjskiego obozu dla jeńców niemieckich. Po latach wielu byłych żołnierzy odnajdywało się po obu stronach międzyniemieckiej granicy, niektórzy z nich byli np. prominentnymi politykami SED czy też funkcjonariuszami tajnej policji politycznej STASI.

Fikcja denazyfikacji

Nigdy nieukarane zbrodnie miały drugorzędne znaczenie dla niemieckich sądów, które skądinąd nie kwapiły się do ścigania tego typu wyczynów niemieckich żołnierzy. Denazyfikacja, która okazała się mityczną fikcją, nie doprowadziła do oczyszczenia Niemiec z nazistów, a tym bardziej do ukarania ich zbrodni. Trudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało.

O ile zwycięskie mocarstwa starały się ścigać przestępców wojennych, o tyle same Niemcy odwrotnie, dokonały wiele, by zbrodniarze nigdy nie zostali ukarani. Amnestia wprowadzona w życie przed rząd niemiecki z inicjatywy kanclerza Adenauera w 1949 roku oraz w 1954 przypieczętowała zatarcie wielu spraw. Zbrodniarze wojenni mogli czuć się względnie bezpieczni.

tytuł

Nie musieli uciekać

Jeden z żyjących weteranów Dywizjonu 300 Czesław Blicharski opowiadał, że kiedy podróżował w roku 1949 statkiem do Argentyny, wśród pasażerów na pokładzie wyróżniali się Niemcy, stylem bycia przypominający wojskowych. Byli to emigranci, a raczej uciekinierzy, być może mający wiele na sumieniu, umykający przed wymiarem sprawiedliwości. Jak się okazuje, była to z ich strony zbytnia ostrożność, mogli spokojnie żyć w swojej ojczyźnie.

Akk