Z tego, że idzie wojna, na Śląsku zdano sobie sprawę o wiele wcześniej aniżeli w innych regionach Polski. Narastające napięcie odczuwało się tu od dawna, a od wiosny regularnie dochodziło tu do incydentów granicznych, które z tygodnia na tydzień stawały się coraz częstsze. Towarzyszyły temu coraz bardziej bezczelne wystąpienia miejscowych Niemców, u których coraz częściej znajdywano broń i amunicję. Tym właśnie kończyły się rewizje przeprowadzane w lokalach należących do niemieckich organizacji i do działaczy tychże organizacji. Ale broń znajdowano także w miejscach kultu, jak to miało chociażby miejsce w przypadku kościoła ewangelickiego w Siemianowicach Śląskich. Tak więc powszechnie spodziewano się wybuchu wojny, przy czym zarówno wśród miejscowych Polaków, jak i wśród miejscowych Niemców dominowały nastroje optymistyczne i wiara w zwycięstwo, którego spodziewali się tak Niemcy, jak i Polacy.

Górny Śląsk na wypadek niemieckiej agresji odegrać miał szczególną rolę. W tym czasie kiedy jednostki Wojska Polskiego z terenu Wielkopolski i Pomorza miały wycofywać się na wschód, Górny Śląsk miał pełnić rolę zawiasu, utrzymującego linię frontu. Dlatego też do obrony Górnego Śląska przygotowywano się bardzo starannie, budując sieć umocnień stałych i polowych uzupełnionych szeregiem obiektów towarzyszących i zabezpieczających, do dziś stanowiących wyjątkowy w skali kraju zabytek polskiej myśli fortyfikacyjnej z okresu międzywojennego. Docelowo owa sieć umocnień rozciągać się miała na odcinku około 60 kilometrów, od miejscowości Przeczyce na północy po miejscowość Wyry na południu, jednakże punkty oporu leżące na północ od Bobrownik oraz pododcinki leżące na południe od Kochłowic w chwili wybuchu wojny nie były jeszcze w pełni ukończone.

Zadanie obrony granicy Polski na odcinku od rejonu Częstochowy po Karpaty spoczęło na dowodzonej przez gen. bryg. Antoniego Szylinga Armii „Kraków”, który dysponował niemałymi jak na ówczesne realia siłami.

Odcinek długości 40 km, od miejscowości Niezdara do Żwakowa (obecnie południowa dzielnica Tychów, na północnym skraju Puszczy Pszczyńskiej), obsadziła Grupa Operacyjna „Śląsk”, którą dowodził gen. Jan Jagmin - Sadowski. W jej składzie znalazły się: 23 Górnośląska Dywizja Piechoty, 55 Dywizja Piechoty Rez., Grupa Forteczna Obszaru Warownego „Śląsk”, batalion forteczny „Mikołów” oraz 3 dywizjony artylerii. Podstawę obrony tego odcinka stanowiła linia umocnień, która na odcinku długości 22 kilometrów - od Bobrownik (dziś południowa dzielnica Tarnowskich Gór) do Panewnik (dziś południowo - zachodnia dzielnica Katowic) zasadniczo była już ukończona. Później linię obrony GO „Śląsk” powiększono o rejon Kobióra, który pierwotnie miały obsadzić pododdziały 6 dywizji piechoty, które to jednak skierowano do odwodu Armii. Do jego obrony oddelegowano 201 pułk piechoty ze składu 55 DPRez. Na północnym skrzydle GO „Śląsk”, na przedpolu pozycji głównej, dostępu do Tarnowskich Gór bronił Oddział Wydzielony z dowódcą 11 pułku piechoty, płk. H. Gorgoniem, na czele, w którego składzie znalazły się III/11 pp, batalion ON „Tarnowskie Góry” oraz I/23 pal.

Dodajmy w tym miejscu, że w skład 23 Górnośląskiej Dywizji Piechoty, nad którą dowództwo przejął, w związku z objęciem przez gen. Sadowskiego dowództwa GO „Śląsk”, płk dypl. Władysław Powierza, wchodziły 11 pułk piechoty z Tarnowskich Gór (II batalion był detaszowany w Szczakowej), 73 pułk piechoty z Katowic (II batalion 73 pp stacjonował w Oświęcimiu), 75 pułk piechoty z Chorzowa (dowództwo pułku i II batalion stacjonowały w Królewskiej Hucie, przemianowanej w roku 1934 na Chorzów, I batalion w Rybniku, a III batalion w Wielkich Hajdukach, przemianowanych na Chorzów Batory) oraz 23 pułk artylerii lekkiej z Będzina (II dywizjon pułku był detaszowany w Żorach).

Z kolei w skład 55 Dywizji Piechoty Rez., dowodzonej przez płk. Stanisława Kalabińskiego, weszły miejscowe bataliony Śląskiej Brygady Obrony Narodowej i Dąbrowskiej Półbrygady Obrony Narodowej, z których sformowano trzy pułki piechoty (201, 203 i 204 pułki piechoty rez.), artylerię dywizyjną 55 DPRez. stanowić miał 65 pułk artylerii lekkiej, formowany przez 21 pal (dowództwo oraz dywizjony I i III) oraz 23 pal (II/65 pal). Ostatecznie III/65 pal został włączony do 1 Brygady Górskiej, zaś jego miejsce zajął sformowany w 7 pal z Częstochowy 64 dywizjon artylerii lekkiej.

We wszystkich pułkach 23 Górnośląskiej DP, a więc 11 pp, 73 pp i 75 pp, utworzono czwarte bataliony specjalne karabinów maszynowych. Bataliony te nominalnie, dla ukrycia ich faktycznego przeznaczenia, należały do pułków, których numerację nosiły, w istocie tworzyły one zakonspirowaną Grupę Forteczną, którą podporządkowano dowódcy Obszaru Warownego „Śląsk”, płk Wacławowi Klaczyńskiemu. Dodatkowo dla potrzeb Grupy Fortecznej sformowano batalion ON „Chorzów”, który przygotował kompanie strzeleckie dla poszczególnych batalionów fortecznych. 11 pp dodatkowo utworzył 6 komp. specjalną ckm „Niezdara”. Wsparcie artyleryjskie zapewniał Grupie Fortecznej Obszaru Warownego „Śląsk” IV/23 pal.

Odcinek długości 35 km, od Starej Wsi (obecnie północna dzielnica Pszczyny) po szczyt Klimczoka w Beskidzie Śląskim, obsadziła Grupa Operacyjna „Bielsko”, którą dowodził gen. bryg. Mieczysław Boruta - Spiechowicz. W jej składzie znalazły się: 6 Dywizja Piechoty (d-ca - gen. bryg. Bernard Mond), a w zasadzie tylko dwa jej bataliony wraz z jednym dywizjonem artylerii, które to zajęły stanowiska pod Pszczyną, jako że pozostałe pododdziały tej dywizji skierowane zostały do Zatora jako odwód Armii „Kraków”, oraz 21 Dywizja Piechoty Górskiej (d-ca - gen. bryg. Józef Kustroń). Dodajmy, że w chwili wybuchu wojny I batalion 75 pułku piechoty przebywał w Rybniku wraz z baterią 23 pal, w rejonie Rybnik - Żory znajdował się też batalion ON „Rybnik” ze składu 203 pp rez. (55 DPRez.).

W skład 21 Dywizji Piechoty Górskiej weszły: 3 pułk strzelców podhalańskich, którego pododdziały w okresie międzywojennym stacjonowały w Bielsku i w Białej, a III batalion detaszowany był do Bogumina, 4 pułk strzelców podhalańskich z Cieszyna, 202 pułk piechoty, sformowany na bazie Śląsko-Cieszyńskiej Półbrygady ON, oraz 21 pułk artylerii lekkiej z Białej (III dywizjon stacjonował w Oświęcimiu).

6 Dywizja Piechoty złożona była z pułków małopolskich: 12, 16 i 20 pułków piechoty oraz 6 pułku artylerii lekkiej. Osłabiona odesłaniem części jej pododdziałów do odwodu 6 Dywizja Piechoty strzegła 18-kilometrowego pasa wokół Pszczyny, z wysuniętym Oddziałem Wydzielonym „Ignacy” płk. Ignacego Misiąga. Kawaleria dywizyjna i saperzy zostali wysłani na przedpole jako Oddział Wydzielony „Wodzisław”.

100-kilometrowy odcinek karpacki, od Węgierskiej Górki do Czorsztyna, obsadziła 1 Brygada Górska, którą dowodził płk dypl. Janusz Gaładyk i która składała się z pięciu batalionów, zorganizowanych w dwa pułki piechoty KOP (bataliony: „Berezwecz”, „Wilejka”, „Wołożyn”, „Snów I” i „Snów II”), dwóch batalionów Obrony Narodowej („Zakopane” i „Żywiec”) i dwóch kompanii fortecznych (nr 151 i 152). Z kolei północne skrzydło Armii zamykała Krakowska Brygada Kawalerii (d-ca - gen. bryg. Zygmunt Piasecki), która skoncentrowała się w rejonie Woźnik, oraz 7 Dywizja Piechoty, którą dowodził gen. bryg. Janusz Gąsiorowski i która miała za zadanie osłaniać Częstochowę, z wysuniętym w rejon Lublińca 74 pułkiem piechoty.

Odwód Armii stanowiły: gros sił 6 Dywizji Piechoty w rejonie Zatora oraz 10 Brygada Kawalerii Zmot. płk. dypl. Stanisława Maczka w okolicach Krakowa. Użycie tej ostatniej było zastrzeżone do decyzji Naczelnego Dowództwa.

Dodatkowo w późniejszym czasie do Armii „Kraków” miały dołączyć jeszcze: 11 Karpacka Dywizja Piechoty, która miała skoncentrować się w rejonie Zawiercia w dniach 6 - 7 września 1939 roku (w chwili wybuchu wojny przebywała jeszcze w swych garnizonach w Stanisławowie, Stryju oraz Kołomyi i ostatecznie dołączyła do armii „Karpaty”), a nadto 45 Dywizja Piechoty Rez., która miała być sformowana w II rzucie mobilizacji powszechnej i z uwagi na szybkość działań nie została zorganizowana. Jej pododdziały walczyły w składzie różnych jednostek.

Polskie dowództwo spodziewało się, że Niemcy główne uderzenie wyprowadzą w rejon Częstochowy, by następnie kontynuować natarcie na Piotrków Trybunalski oraz na Kielce. Zadaniem 7 Dywizji Piechoty oraz walczących na jej skrzydłach Krakowskiej i Wołyńskiej Brygad Kawalerii było spowolnienie posuwania się niemieckich jednostek nacierających na tym kierunku, by umożliwić koncentrację dywizji odwodowej armii „Prusy”.

Niestety, w warunkach panującej suszy Próg Woźnicki z jego rozległymi kompleksami leśnymi, a także liczne w tym rejonie tereny podmokłe zupełnie utraciły swe naturalne walory obronne. Niemcy bez trudu przełamali się przez nie, a broniąca się tam 7 Dywizja Piechoty w dwudniowym boju z ogromnymi stratami odepchnięta została z zajmowanych pozycji w rejonie Truskolasów i Kłobucka, po czym obsadziła główny pas obrony wokół Częstochowy, tyle że Niemcy zdołali w wielu miejscach włamać się w polską obronę. Lubliniecki 74 pułk piechoty, poniósłszy poważne straty w walkach o Lubliniec (zwłaszcza jego pierwszy batalion), przesunięty został do odwodu dywizji. Próba wycofania dywizji z rejonu Częstochowy w rejon Janów - Złoty Potok zakończyła się katastrofą. 7 Dywizja Piechoty została doszczętnie rozbita i w dniu 3 września praktycznie przestała istnieć jako zwarta jednostka.

Nieco lepiej powiodło się Krakowskiej Brygadzie Kawalerii, w której składzie walczył tarnogórski 3 pułk ułanów i która - odepchnięta w rejon Zawiercia – w nocy 2/3 września 1939 roku wycofała się w rejon Pradeł. W związku z krytyczną sytuacją, w jakiej znalazła się w tym czasie 7 Dywizja Piechoty, dowódca brygady, gen. Piasecki, pchnął jej na pomoc 8 pułk ułanów (wzmocniony I baterią 5 dywizjonu artylerii konnej, baterią plot brygady i 51 dywizjonem pancernym), kierując go w rejon Nakło - Szczekociny i uniemożliwiając tym samym Niemcom posuwanie się w kierunku na Jędrzejów. Ten jednak nie wytrzymał niemieckiego natarcia i wkrótce rozpoczął odwrót w kierunku Kielc, tracąc tym samym kontakt z siłami głównymi brygady, która w tym czasie przekroczyła (w nocy 3/4 września Pilicę), osłaniając od północy, na linii Jędrzejów - Chmielnik, siły główne Armii „Kraków”.

Niemcy nie zdecydowali się na frontalny atak na umocnione pozycje zajmowane przez GO „Śląsk”, prowadząc na tym kierunku jedynie działania mające związać skoncentrowane tu siły polskie. Na Tarnowskie Góry nacierały od strony Pyskowic pododdziały 68 Dywizji Piechoty. Na kierunku Rybnik – Pszczyna, na styku GO „Śląsk” i GO „Bielsko”, natarcie prowadziła niemiecka 5 Dywizja Pancerna. Z kolei na lewo od niej nacierał VIII korpus armijny, w składzie którego znajdowały się dwie niemieckie dywizje piechoty (8 Dywizja Piechoty i 28 Dywizja Piechoty). Ostrze ich natarcia wymierzone było na Wyry. Nadto na prawo od 5 DPanc. - przez Przełęcz Zwardońską wkroczyły w dolinę Soły oddziały 7 Bawarskiej Dywizji Piechoty, które to jednak na swej drodze natrafiły na silnie ufortyfikowany rejon Węgierskiej Górki.

Natarcie 68 Dywizji Piechoty, prowadzone na kierunku tarnogórskim siłami pułku piechoty, wzmocnionego dywizjonem artylerii oraz 68 pułkiem Straży Granicznej (Grenzwachu), zostało z łatwością odparte przez broniący się tu oddział wydzielony. Ponawiane kilkakrotnie ataki nie przyniosły rezultatów, za to przeciwnatarcia przeprowadzane przez III/11 pp zdołały zadać im spore sprawy. Wieczorem 1 września oddział wydzielony płk. Gorgonia bez styczności z nieprzyjacielem wycofał się za Brynicę. W kolejnym dniu Niemcy nie usiłowali niepokoić sił polskich skoncentrowanych za Brynicą i utrzymujących czaty w lasach w okolicach Świerklańca.

Silniejszy nacisk zaznaczył się tego dnia na przedpolu Mikołowa i Wyr, gdzie nacierał niemiecki VIII korpus armijny. Z Szywałdu na Śmiłowice posuwała się 8 Dywizja Piechoty, zaś 28 Dywizja Piechoty - po osi Nieborowice - Krywałd - Orzesze. Szczególnie ciężkie walki rozwinęły się w godzinach popołudniowych w okolicach wzgórza 341 (na zachód od Mikołowa), gdzie Niemcy nie byli w stanie przez długi czas złamać oporu broniących się tam pododdziałów batalionu ON „Katowice”. Niemcy w tym miejscu nacierali pasem od wspomnianego wzgórza 341 do Gostynki, przy czym dopiero w godzinach rannych 2 września zdołali oni opanować owo wzgórze oraz las nad Gostynką. W międzyczasie gen. Sadowski, utwierdziwszy się w przekonaniu, że Niemcy na jego odcinku główny wysiłek kierują na „korytarz mikołowski”, postanowił przerzucić w tej rejon siły główne 23 Dywizji Piechoty. Już wieczorem 1 września przybył do lasu w okolicach Wyr III/73 pp, który z marszu wszedł do walki z przeciwnikiem, który wdarł się do lasu od rzeki Gostynki. Nie udało się jednak powstrzymać niemieckiego natarcia i w rezultacie batalion zmuszony był odskoczyć w rejon na wschód od Żwakowa. W tej sytuacji płk Władysław Powierza, dowódca 23 Dywizji Piechoty, postanowił wyprowadzić od strony Tychów w kierunku na Żwaków przeciwnatarcie siłami przybyłego w rejon Tychów 75 pułku piechoty (z dwoma batalionami - II i III) przy wsparciu pociągu pancernego nr 54. Natarcie ruszyło ok. godz. 10.00, przy czym początkowo posuwało się ono dość wolno. W godzinach popołudniowych dołączył do niego I/73 pp. Do godziny 17.00 udało się odrzucić Niemców i odzyskać Żwaków.

Na kierunku pszczyńskim po zdobyciu Wodzisławia, Rybnika i Żor, których broniły jedynie wysunięte polskie oddziały, niemiecka 5 DPanc. podjęła natarcie w kierunku na Brzeźce, Wisłę Wielką i Branicę. Teren był tu wyjątkowo niedogodny do prowadzenia natarcia przy użyciu czołgów, ze względu na liczne tu rowy melioracyjne, wijącą się Pszczynkę i ogólnie podmokły teren. Same Brzeźce, które atakowali Niemcy trzykrotnie, znajdowały się na dominującym nad okolicą wzgórzu. W efekcie wszystkie ataki załamały się, przy czym Niemcy ponieśli tu spore straty, szczególnie w sprzęcie. W poczynania niemieckie wkradł się chaos, ale chaos wkradł się też w poczynania polskich obrońców. Wieczorem 1 września przyszedł rozkaz wycofania się na pozycję główną w rejonie Pszczyny. Wyczerpani marszem żołnierze nie zdołali zająć w sposób właściwy pozycji, gdy rankiem 2 września ruszyło na nie kolejne natarcie niemieckich czołgów. Zaskakujący atak dużej liczby czołgów, wyprowadzony z pozycji położonej we wsi Łąka w kierunku Goczałkowic, spowodował pękniecie polskiej linii obronnej. W ten sposób na południe od Pszczyny powstała 2-3 kilometrowa wyrwa w polskiej obronie. Przez wyrwę niemieckie wojska pancerne uderzyły w kierunku na Ćwiklice i Jankowice. Próba przesunięcia odwodów 6 DP - II i III bataliony 16 pp - z lasu „Brzeziny” i przemieszczenia ich do Ćwiklic zakończyła się katastrofą. II/16 pp został dosłownie rozjechany przez czołgi - zginęło 217 żołnierzy. I dywizjon 6 pal został rozbity przez atak czołgów i utracił wszystkie 12 armat, a II dywizjon zdołał wycofać jedynie połowę, tj. 6 armat. Utracono też jedną baterię 6 dywizjonu artylerii ciężkiej oraz pluton armat 16 pułku piechoty. Odniósłszy sukces pod Ćwiklicami, Niemcy skierowali się w kierunku przeprawy na Wiśle w pobliżu wsi Góra. Osiągnięty sukces miał jednak jedynie wymiar taktyczny. 5 Dywizja Pancerna, która w dotychczasowych walkach poniosła dość duże straty, zwłaszcza w sprzęcie, nie była zdolna kontynuować natarcia, a nawet zdobyć się na zadanie kolejnego ciosu 6 Dywizji Piechoty. Dużym osiągnięciem strony polskiej była obrona mostu w Bojszowach, gdzie batalion marszowy 75 pp, wsparty raptem 1 haubicą 100 mm, na przeciąg wielu godzin zdołał zatrzymać natarcie niemieckiego 31 pułku pancernego, dając tym samym pododdziałom 6 Dywizji Piechoty czas na uporządkowanie się.

Kluczowe jednak dla losów obrony górnośląskiej ziemi okazały się wydarzenia rozgrywające się w rejonie Jordanowa i Nowego Targu. Panująca w tym okresie susza, na co kilkakrotnie zwracałem już uwagę, sprawiła, że górskie drogi i ścieżki, w normalnych warunkach nie do przebycia dla jednostek pancernych i zmotoryzowanych, stały się w pełni dla nich drożne, zaś siły broniące się na tym kierunku w tych okolicznościach okazały się absolutnie niewystarczające. Na nic zdało się rzucenie przez gen. Szyllinga do walki w rejon Jordanowa, pozostającej w odwodzie Armii „Kraków”, 10 Brygady Kawalerii Zmot. płk. Stanisława Maczka. Dwie niemieckie dywizje - 2 dywizja pancerna oraz 4 dywizja lekka, mające w swym składzie setki czołgów, skutecznie, systematycznie spychały broniące się tu oddziały polskie, wychodząc na głębokie tyły Armii „Kraków”. W tej sytuacji gen. Szylling zmuszony był zwrócić się do marsz. Edwarda Rydza - Śmigłego z prośbą o zgodę na wycofanie zagrożonych okrążeniem formacji podległej mu Armii. Ten po dłuższym wahaniu zgodził się i w nocy 2/3 września jednostki Wojska Polskiego rozpoczęły odwrót.

W tym momencie ciężar obrony śląskiej ziemi przejęły na siebie te oddziały ochotnicze, które pozostały na miejscu. Już wcześniej przyszło im się zmagać z jednostkami Freikorpsu - tak na przykład do legendy przeszedł wielogodzinny bój o kopalnię „Michał”, stoczony w dniu 1 września 1939 roku i zakończony rozgromieniem oddziału Freikorpsu, który zdołał przejściowo zająć kopalnię i którym dowodził Wilhelm Pisarski. W boju tym, w którym polską samoobronę wsparł przybyły jej na pomoc III batalion 75 pułku piechoty, zakończył się pełnym sukcesem Polaków. Większość Niemców, którymi byli - co należy podkreślić - przeważnie obywatele polscy narodowości niemieckiej, którzy na kilka tygodni bądź miesięcy przed wybuchem wojny opuścili polską część Górnego Śląska, by teraz wrócić tu z opaskami ze swastyką na ramieniu, poległa bądź dostała się do niewoli.

Podobnych starć z udziałem polskiej samoobrony i oddziałów Freikorpsu było w pierwszych dniach września więcej. Zresztą nie brakowało ich także w ostatnich dniach sierpnia. Do poważniejszych walk z udziałem oddziałów samoobrony, złożonych z powstańców śląskich, wspieranych przez młodzież z ZHP i OMP, z oddziałami freikorpsu doszło w dniu 1 września także w Bielszowicach, Czarnym Lesie, Orzegowie, Łagiewnikach, Chorzowie, Brzezinach Śląskich oraz Szarleju, przy czym niemal wszędzie Niemcy zostali rozgromieni, ponosząc ogromne straty w zabitych, rannych i wziętych do niewoli. W rezultacie Freikorps Ebbinghaus został wycofany z walk. Ponownie został do nich wprowadzony, kiedy miało dojść do zajęcia Katowic.

Dzień 4 września 1939 roku miał być dla Niemców, którzy wiedzieli, że jednostki Wojska Polskiego opuściły już wcześniej Górny Śląsk, dniem triumfalnego wkroczenia do Katowic. I oto niespodziewanie jednostki Wehrmachtu natrafiły na silny opór formacji ochotniczych, złożonych przede wszystkim z byłych powstańców śląskich i harcerzy. Symbolem tego oporu stała się obrona Wieży Spadochronowej w katowickim Parku Kościuszki. Ale takich punktów oporu było w Katowicach zdecydowanie więcej. Posuwające się od strony Mikołowa i Ligoty pododdziały niemieckiej 239 Dywizji Piechoty, a także 3 pułku straży granicznej oraz oddziały freikorpsu, miały ogromne problemy z utorowaniem sobie drogi do centrum miasta. Potrzebowały one wielu godzin, aby złamać opór, jaki stawiły im oddziały śląskich ochotników.

Dramatyczny przebieg miały wydarzenia, jakie tego samego dnia rozegrały się w Chorzowie, nad którym kontrolę próbował przejąć miejscowy Selbstschutz, wsparty przez przybyły z Bytomia oddział freikorpsu. W wielu punktach miasta doszło do wymiany ognia, którego intensywność z każdą chwilą rosła. Miejscowi Niemcy w pośpiechu chowali wywieszone w oknach na powitanie „wyzwolicieli” flagi ze swastyką. Szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę polskich obrońców, którzy w godzinach popołudniowych przypuścili szturm na opuszczony wcześniej i obsadzony przez miejscowych Niemców ratusz. Sytuacja Niemców, którzy zabarykadowali się w środku, stała się dramatyczna, jednak wieczorem nadciągnęły im z odsieczą z Bytomia silne oddziały policji, a w nocy przybyły oddziały wojska, które zdołały zapanować nad miastem.

Ale i w kolejnych dniach dochodziło tu do walk z udziałem oddziałów złożonych z byłych powstańców śląskich i harcerzy. Najwięcej takich grup, które starały się kontynuować zbrojny opór, operowało w lasach w okolicach Pszczyny, Tychów i Mikołowa (na południe od Katowic). W dzienniku „Oberschlesischer Wanderer” z 10 września 1939 roku ukazał się artykuł Noch immer Insurgentenüberfälle in Ost-OS:

„Chociaż okolice Pszczyny znajdują się pod stałą kontrolą, zdarzają się w dalszym ciągu napady ogniowe powstańców, które likwiduje się oczywiście w zarodku. Napływają również doniesienia o różnych innych wystąpieniach powstańców.”

12 września 1939 roku gazeta „Kattowitzer Zeitung” poinformowała, że w Mikołowie zarządzono ostry stan oblężenia, „ponieważ powstańcy polscy, pochowani za dnia, urządzają wciąż jeszcze napady nocne”. Zakaz wychodzenia na ulicę obowiązywał od godziny 19 do 6 rano. Ta sama gazeta doniosła w dniu 15 września, że na rozkaz komendanta miasta Mikołowa aresztowano dwa dni przedtem szereg miejscowych Polaków, dodając, że w wypadku dalszego ostrzeliwania wojska lub ludności niemieckiej względnie popełnienia aktów sabotażowych, odpowiednia liczba aresztowanych zostanie rozstrzelana. „Kattowitzer Zeitung” z 23 września zamieścił artykuł Erfolgreicher Kampf deutscher Polizeibataillone gegen polnische Heckenschützen. Czytamy w nim:

„We wschodniej części Górnego Śląska akcja oczyszczania terenu musiała być prowadzona szczególnie dokładnie i uporczywie. W rozległych obszarach leśnych na północ od Mikołowa znalazły schronienie większe bandy. Była tu konieczna natychmiastowa akcja policji, aby z góry zapobiec jakimkolwiek sabotażom w zakładach przemysłowych... Niejeden policjant niemiecki poniósł śmierć bohaterską w tych odosobnionych walkach na terenie wrogiego zaplecza.”

W okolicach Katowic czy Chorzowa nie było tak sprzyjających warunków do prowadzenia działań partyzanckich jak w okolicach Pszczyny i Mikołowa. Ale... Oto w dzienniku „Oberschlesischer Wanderer“ z 7 września 1939 roku zamieszczono informację:

„W nocy na środę powstańcy zastrzelili strzałami w głowę dwóch żołnierzy, stojących na warcie przed gmachem naprzeciwko Urzędu Wojewódzkiego, mieszczącym obecnie komendę policji bezpieczeństwa. Na dachu Hotelu Monopol ujęto 30 powstańców (wśród nich kobiety), którzy strzelali z dachu do niemieckich żołnierzy.”

Do 21 września ukrywała się w kanałach grupa byłych powstańców śląskich broniących w dniu 4 września Domu Powstańca Śląskiego. O ich ujęciu w artykule Die Katakomben von Kattowitz donosił „Oberschlesischer Wanderer” z 22 września:

„W podziemiach znaleziono tu tych podludzi. Byli tam mężczyźni i kobiety, którzy co noc opuszczali swe kryjówki i wybierali się na wyprawy partyzanckie. Na miejscu znaleziono masę broni i amunicji. Zarówno mężczyźni - bandyci jak i kobiety zostali zaprowadzeni na miejsce, gdzie wymierzono im sprawiedliwą karę.”

Jeszcze dłużej ukrywała się w kanałach grupa obrońców Chorzowa, o czym informował „Kattowitzer Zeitung” z 23 września w artykule Königshütter Franktireurs im Gaskanal:

„Podczas ponownego uruchamiania Huty Król. zrobiono ciekawe odkrycie: w pewnym nieczynnym kanale gazowym znaleziono kilkunastu na pół zgłodniałych powstańców, którzy szukali tam schronienia. Jak stwierdzono, ludzie ci należeli do tej bandy partyzantów, którzy już podczas wkroczenia wojsk niemieckich zabarykadowali się w tej hucie i ostrzeliwali z ukrycia oddziały niemieckie.”

Ale wróćmy jeszcze do tego, co działo się z Armią „Kraków”, która w kolejnych dniach kontynuowała odwrót, który zaprowadził ją aż na Lubelszczyznę. Do końca jednak zachowała ona zwartość szeregów i zdolność bojową. Pchor. Jan Szczepański w swych wspomnieniach Polski wrzesień tak opisał szeregi 73 pułku piechoty, które miał możność obserwować w okolicach Janowa Lubelskiego:

„Przed wjazdem do Janowa staliśmy długo obok milczących szeregów jakiegoś pułku piechoty. Dr Kurek, który przysiadł się na przodek naszego jaszcza, stwierdził, że to 73 pułk piechoty z Katowic i że tylko Ślązacy zdolni są do zachowania takiej dyscypliny. Rzeczywiście wyrównane i nieruchome kompanie robiły takie wrażenie, jakby czekały na swoją kolej na defiladzie. Hełmy połyskiwały wilgocią światła księżycowego równiutko, jeden przy drugim, pasy tornistrów leżały gładko na obciągniętych płaszczach, karabiny ustawione na spocznij, przy nodze, pochylały się pod jednakowym kątem. Nikt nie rozmawiał, nikt nie palił. A przecież, jak twierdził dr Kurek, pułk ten miał już za sobą ciężkie walki i poważne straty. Przyglądaliśmy się Ślązakom z szacunkiem. To się nazywa wojsko.”

Kiedy w granice Polski wkraczały od wschodu wojska sowieckie, wypełniając zobowiązania sojusznicze wynikające z paktu Ribbentropp - Mołotow, Armia „Kraków”, wzmocniona wchodzącymi uprzednio w skład Armii „Lublin” Warszawską Brygadą Pancerno - Motorową oraz Grupą „Sandomierz”, wciąż jeszcze liczyła ok. 70 - 80 tysięcy żołnierzy, mając na wyposażeniu przeszło 200 dział artyleryjskich i przeszło 80 czołgów (przede wszystkim w składzie Warszawskiej Brygady Pancerno - Motorowej). Była to więc siła niemała.

18 września 1939 roku podjęła ona uderzenie na Tomaszów Lubelski. Tego właśnie dnia, w godzinach rannych do gotujących się do szturmu na niemieckie pozycje dowódców i żołnierzy dotarła wieść o wkroczeniu w granice Polski wojsk sowieckich i o opuszczeniu terytorium Rzeczypospolitej przez Rząd i Naczelne Dowództwo WP. Toczona w zmienionych warunkach ogólnych bitwa pod Tomaszowem Lubelskim zakończyła się w dniu 20 września kapitulacją wojsk polskich. W ten sposób dobiegł końca zorganizowany udział pułków śląskich w kampanii wrześniowej. Żołnierze, którzy uniknęli niewoli lub którzy w taki czy inny sposób odzyskali wolność, w kolejnych dniach zaczęli wracać do swoich stron rodzinnych, zastając tu zupełnie nową rzeczywistość.

Wojciech Kempa